sobota, 27 września 2014

Krótkie info..

Cześć kochani :)
Przepraszam, że nic od dłuższego czasu nie dodaję, ale cały czas jestem zajęta ze względu na szkołe (1 liceum) i do ostatniej niedzieli Mistrzostwa Świata (jeeej :D).
Nie wiem, kiedy napiszę kolejny rozdział, ale już go zaczęłam. Po prostu nie mam weny...
Obiecuję, że jak tylko będę w stanie to napisać, to od razu dodam rozdział na bloga :)

Powodzenia w szkołach, dla niektórych nowych, dla inny nie...

Sandra xx

środa, 16 lipca 2014

Rozdział V

Nagle Reth odskoczył ode mnie jak rażony gromem. Patrzyliśmy na siebie nie mogąc złapać oddechu. To było wow. Nie spodziewałam się, że mnie pocałuje, ale kiedy już to zrobił, mogłabym go całować do końca świata i dłużej. Jego miękkie usta. Na mojej twarzy zaczął rozkwitać głupi uśmiech.
Reth odwrócił wzrok i zasłonił oczy dłonią.
- To nie powinno się stać – powiedział, a w następnej sekundzie już go nie było. Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia.
- Jak…? – zdołałam jedynie wyksztusić. Zostawił mnie samą w bibliotece i to zaraz po pocałunku. Nie mogłam w to uwierzyć.
Co to znaczy, że to się nie powinno wydarzyć? To, po co on mnie tu, u diabła, trzymał? Nie potrafiłam tego zrozumieć. Bałam się, że znowu przez kilka dni go nie zobaczę.
Zaczęłam rozglądać się po regałach. Znalazłam tam książki o religiach, okultyzmie, czarnej magii, ale też powieści i różne inne. Zastanawiałam się, po co mu takie książki? Może, gdy mu się nudziło, po prostu czytał?
Jak to idiotycznie brzmiało. Jeździec Apokalipsy, który się nudzi. Chyba ten pocałunek za bardzo uderzył mi do głowy. Ale dlaczego on uciekł? Nie rozumiałam tego. Wiedziałam już, że nie mam, po co szukać żadnej książki, bo i tak nie będę w stanie się na niej skupić. Co do tego mogłam być pewna.
Usiadłam na kanapie i wpatrywałam się w przestrzeń. Cieszyłam się, że Reth zabrał mnie do biblioteki, ale usta cały czas mrowiły mnie od pocałunku. Co ten mężczyzna robił w mojej głowie? Poza tym cały czas zostawał temat zabójstw. Co miałam zrobić, żeby przestał? Chyba, że…. Nie. O Boże. Mój Boże. Nie.
Czy byłam w stanie oddać mu się, żeby nie zginęło więcej ludzi? Nie byłam pewna. Ci ludzie na pewno mieli rodziny, które miały nadzieję na ich powrót. Mimo, że nikt jeszcze nie wrócił z fortec Jeźdźców. Nie chciałam, żeby ktoś musiał ginąć tylko przez to, że nie chciałam oddać się jednemu z nich.
Mimo pocałunku, bałam się mu oddać. Wiedziałam, że jest brutalny i to mogło się skończyć fatalnie. Poza tym cały czas byłam dziewicą. Nie wiem, czemu, ale wstydziłam się tego przed nim.
Jednak moja największa obawa była przed tym, że mogłam zajść w ciążę. I co miałabym zrobić z dzieckiem Retha? Chciałby go? A może to po to mnie tu sprowadził.
Mój umysł tworzył coraz to nowe scenariusze. Musiałam się wreszcie dowiedzieć, po co mnie tu sprowadził. Chyba nie zamierzał trzymać mnie do końca życia? Oczywiście mojego, on pewnie jest nieśmiertelny. I co ja miałam z tym wszystkim zrobić.
Chciałam wrócić do pokoju, ale nie wiedziałam, którędy mam iść. Wolałam nie kręcić się po zamku bez Retha. Bałam się mężczyzn, którzy się tu kręcili. Nie mogłam jednak na zawsze siedzieć w bibliotece.
Ostrożnie otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz. Nie słyszałam żadnych kroków. Uznałam, że nikogo nie ma. Wyszłam z biblioteki i skręciłam w lewo.  Byłam pewna, że to stąd przyszliśmy. Powoli szłam korytarzem, mijając wiele drzwi. Ciekawe jak bardzo wkurzyłby się Reth, gdybym zajrzała do któregoś z tych pokoi. Pewnie bardzo.
Nagle usłyszałam za sobą jakieś kroki. Przyspieszyłam i chciałam się schować do którejś z komnat. Zaczęłam sprawdzać drzwi. Pierwsze trzy były zamknięte. Cholera!
Spróbowałam szczęścia dalej. Jest! Drzwi były otwarte. Nie zastanawiając się długo weszłam do komnaty i zamknęłam za sobą drzwi. Miałam nadzieję, że ktoś, kto za mną szedł, nie wejdzie tu.
Rozejrzałam się spokojnie po pomieszczeniu . Wyglądało jak jakiś salon. Kominek, kanapa, kilka foteli, krzesło pod ścianą. Ściany były obite ciemnym materiałem. Na kominku wisiały dwie skrzyżowane szable. Zobaczyłam też mały stolik. Podeszłam do wąskiego okna. Komnata znajdowała się z innej strony zamku niż mój pokój. Miałam z niej widok na drogę prowadzącą do twierdzy. Odetchnęłam głęboko i spoglądałam na krajobraz. Nie miałam jak się stąd wydostać. Po obydwu stronach drogi stali strażnicy.
Usłyszałam poruszanie klamką. Ktoś musiał próbować tu wejść. Ale kto? Szybko odeszłam od okna i stanęłam po przeciwnej stronie pomieszczenia. Miałam nadzieję, że ktokolwiek tu idzie, nie zauważy mnie. Wstrzymałam oddech i nasłuchiwałam.
Drzwi otworzyły się powoli i wszedł jakiś krępy mężczyzna ubrany w ciemny strój. Miał też na sobie czarny płaszcz. Jego przydługie, brązowe włosy zasłaniały twarz, przez co nie mogłam go zobaczyć.
- Wiem, że tu jesteś, dziewczyno. Nie chowaj się przede mną. Możemy się zabawić. Pan nic nie musi o tym wiedzieć – powiedział mężczyzna. Miałam nadzieję, że zamknie drzwi i sobie pójdzie.
Niestety nie zrobił tego. Wszedł do pomieszczenia i spojrzał dokładnie w moją stronę. Przestraszona wytrzeszczyłam na niego oczy. Miał paskudną bliznę sięgającą od lewej skroni aż do wargi. Uśmiechnął się obrzydliwie i zaczął powoli do mnie podchodzić.
Odsuwałam się od niego aż natrafiłam na ścianę. Przełknęłam głośno ślinę i zaczęłam iść w innym kierunku, byle dalej od obleśnego mężczyzny. Byłam coraz bliżej okna. Może wyskoczenie z niego byłoby dobrym pomysłem? Zaczęłam poważnie rozważać tą opcję. Nie chciałam, żeby ten oblech mnie dotykał.
Obróciłam się, żeby sprawdzić moją odległość od okna, gdy silne ręce zacisnęły się na moich ramionach. Spojrzałam przerażona prosto w oczy mężczyzny. Nie wiedziałam, czy krzyk cokolwiek mi da, ale nie miałam innych pomysłów na ratunek. Może Reth mnie usłyszy?
Zaczęłam wrzeszczeć. Mężczyzna uderzył mnie z całej siły w twarz. Zachwiałam się i przewróciłam. Z nosa pociekła mi krew. Szybko poderwałam się na nogi i próbowałam pobiec do drzwi. Zboczeniec znowu mnie złapał i rzucił mną o kanapę. Poczułam ból w boku. Na pewno sobie coś stłukłam. Próbowałam wstać, ale mężczyzna przycisnął mnie do ziemi. Byłam pod nim uwięziona. Jego ręka zaczęłam sunąć w kierunku moich spodni.
- Nie! Proszę, nie! Zostaw mnie! – zaczęłam krzyczeć z zamkniętymi oczami. Ohydna ręka przycisnęła się do moich ust. Nie mogłam już nic powiedzieć. W duchu modliłam się, żeby to jak najszybciej się skończyło.
-Nie krzycz suko. Będzie nam razem bardzo dobrze. Gwarantuję ci to – powiedział z obrzydliwym uśmieszkiem na twarzy. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Chciałam go kopnąć w krocze, ale moja noga była uwięziona pod nim. Nie miałam jak się ruszyć.

Drzwi otworzyły się z hukiem i uderzyły o ścianę. Z twarzy mężczyzny zszedł zadowolony uśmieszek. W jego oczach widziałam przerażenie. Już wiedziałam, kto przeszedł.
Reth zerwał ze mnie mężczyznę i rzucił nim o ścianę. Ten odbił się od niej i upadł na podłogę. Jeździec delikatnie pomógł mi wstać i stanął przede mną, osłaniając mnie swoim ciałem. Mężczyzna, który próbował mnie zgwałcić powoli wstał z podłogi.
- Przepraszam, mój Panie. Proszę. To już się więcej nie powtórzy. Ona sama chciała. Nie każ mnie. Proszę – jąkał się zboczeniec. Nie odzywałam się. Stałam jak sparaliżowana widząc strach tego mężczyzny. Sama trochę bałam się Retha. A co, jeżeli uwierzy mu, że sama chciałam?
Nie! To niemożliwe. Dowodem na to jest krew na mojej twarzy. Przypomniałam sobie też o kłującym bólu w boku. Przycisnęłam tam rękę i skrzywiłam się. Miałam nadzieję, że nie połamał mi żeber.
- Sama chciała?! – ryknął Reth. – Mam rozumieć, że obrażenia na jej ciele same się tam znalazły?! Balthazarze, złamałeś mój rozkaz i poniesiesz karę!
W tym samym momencie Reth cisnął w Balthazara jakimś promieniem, który wyglądał trochę jak kula światła i mężczyzna rozpadł się na naszych oczach. Po prostu wyparował.
Stałam tak z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc złapać oddechu. Reth był bezapelacyjnie straszny i mógł mnie zabić jednym skinieniem.
Wystraszyłam się, kiedy odwrócił się w moją stronę. Odgarnął mi z twarzy kosmyk włosów, a na skórze poczułam dreszcze. Spojrzałam w spokojne oczy Jeźdźca i grunt jakby osuwał mi się spod nóg. Opadłam na niego i wtuliłam się w jego tors. Po chwili już nic nie czułam. Wiem, że to była sprawka Retha. Po prostu uśpił mnie jednym spojrzeniem.
Obudziłam się w swoim pokoju. W komnacie panował półmrok. Wyjrzałam przez okno. No tak. Słońce dopiero zaczęło wstawać. Rozejrzałam się po pokoju. Reth siedział w fotelu przyglądając się płomieniom w kominku. Przez chwile podziwiałam jego profil. Zauważyłam też, że jego tors jest nagi.
Głośno wciągnęłam powietrze. Jeździec usłyszał to i odwrócił głowę w moją stronę. Wyraz jego twarzy był ponury. Wstał powoli i podszedł do mnie. Bałam się chociażby pisnąć. Spuściłam wzrok i przyjrzałam się jego mięśniom brzucha. Miał idealnie wyrzeźbiony kaloryfer, przez co zaparło mi dech w piersi. I ja go nie chciałam?
- Jak się czujesz? – zapytał miękko. Przypomniało mi się o moim poobijanym boku i przyłożyłam tam rękę. Nic nie bolało. Zdziwiłam się i podniosłam koszulkę, w którą ktoś, zapewne Reth, mnie ubrał. Nie  było ani śladu stłuczenia. Zdziwiona zmarszczyłam brwi. Jak to możliwe?
- Jak? – spytałam, patrząc na Retha zdezorientowana. Nic nie mogłam wyczytać z jego beznamiętnej twarzy. On pozbył się moich siniaków? Ale jak? Chyba nie był cudotwórcą.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – powiedział trochę bardziej poirytowanym głosem. Co ja takiego zrobiłam, żeby tak szybko się denerwował?  Cały czas chodzi mu o pocałunek? Zastanawiając się nad tym to kolejny temat, na który musimy porozmawiać.
- Przepraszam – wyjąkałam – czuję się dobrze. I dziękuję, że mnie uratowałeś.
- Gdybyś nie wychodziła z biblioteki nie musiałbym cię ratować – powiedział. O to chodziło z tym jego gniewem? Przecież to on mnie tam zostawił!
- A co miałam zrobić?! Chciałam wrócić do pokoju, a ty uciekłeś więc nie mogłam cię poprosić o zaprowadzenie do niego! – nie bałam się Jeźdźca i byłam z tego powodu zadowolona, ale po pokazie, jaki dał w tamtej komnacie wolałam go zbyt bardzo nie denerwować.
- To akurat moja wina i przepraszam, ale nie powinnaś się stamtąd ruszać – w jego głosie słychać było groźbę. Żadnej skruchy za to, że zostawił mnie samą gdzieś w zamku.
- Nie powinieneś mnie tam zostawiać! – krzyknęłam. – Pocałowałeś mnie, a potem uciekłeś!
Reth usiadł obok mnie na łóżku, a ja się od niego odsunęłam. Nie chciałam, żeby mnie dotykał. Mimo to chwycił mnie za ramiona i przyciągnął bliżej siebie, żeby mógł mi spojrzeć w twarz. Znalazł się tak blisko mnie, że bałam się, że znowu mnie pocałuje.
- Masz całkowitą rację. Nie powinienem cię całować ani zostawiać samą na pastwę kogoś takiego jak Balthazar. Jednak stało się i teraz musimy ponieść tego konsekwencje. Jeżeli wyjdziesz z tej komnaty jesteś zdana tylko na siebie. Nie możesz liczyć na to, że zawsze się zjawię. Nie jestem twoim ochroniarzem – powiedział z ponurą miną patrząc prosto w moje oczy.
- Więc może zabierz mnie z powrotem do domu i rozwiąże się twój problem. Ja się nie pisałam na to, żebyś mnie tu zabierał. Poza tym chcę się dowiedzieć, po co tu, do cholery, jestem – wyrzuciłam z siebie jednym tchem. Miałam nadzieję, że odpowie mi chociaż na to, po co tu jestem.
- Nie możesz opuszczać murów tego zamku, więc nie licz na to, że zabiorę cię z powrotem tam, skąd cię porwałem. A co do twojego pytania. Poznasz na nie odpowiedz w swoim czasie – powiedział beznamiętnie. Jak to nie mogę opuszczać murów tego zamku?! O co mu znowu chodzi?!
- Dlaczego po prostu mi nie powiesz?! – domagałam się. Musiałam to wiedzieć. Na pewno nie po to, żeby „był” ze mną. To nie wchodziło w grę. W każdym razie po jego reakcji na pocałunek. – Chociaż powiedz mi dlaczego nie mogę opuszczać murów zamku? Co takiego może mi się stać? Od lat radzę sobie sama i jak dotąd żyję.
- Przez pocałunek – powiedział prawie niesłyszalnie.
- Jak to przez pocałunek? O co chodzi? – musiałam mieć bardzo zdezorientowaną minę. Co ma do tego wszystkiego pocałunek. Chyba zwariuję z tym mężczyzną.
- Pocałunek zostawił na tobie piętno. Każdy, kto chce mnie zniszczyć, może je zobaczyć. Nie mówię oczywiście o tobie podobnych. Jeżeli stąd odejdziesz, będziesz jak neon. Wszyscy będą wiedzieć, że należysz do mnie.
- Jak to należę do ciebie?! Do nikogo nie należę! Chcę, żebyś mnie stąd wypuścił i zostawił w spokoju! – krzyknęłam i zaczęłam uderzać w jego twardy tors pięściami. Nie panowałam nad sobą. Musiałam się jakoś wyżyć.
Uderzałam w jego tors tak długo, aż Reth nie złapał mnie za nadgarstki i nie przycisnął ciężarem swojego ciała do łóżka. Nie mogłam złapać oddechu. Jego naga skóra rozpalała mnie. Czułam dreszcze na całym ciele i nie mogłam z tym nic zrobić.
- Puść mnie – wyszeptałam bez przekonania. Tak naprawdę pragnęłam, żeby został ze mną na dłużej, ale nie mogłam mu się do tego przyznać.
- Dziewczyno, nigdy więcej nie podnoś na mnie ręki. Pamiętaj, co stało się z Balthazarem. Chyba nie chcesz, żebym również ciebie unicestwił? – w jego głosie ewidentnie słychać było groźbę. Wzdrygnęłam się na te słowa.
- Nie boję się ciebie – powiedziałam, zadziwiając samą siebie. Mimo tego, co stało się tamtemu mężczyźnie wcale nie zaczęłam bać się Retha. Byłam prawie pewna, że nie zrobiłby mi krzywdy.
Jego oczy zamigotały delikatnie. Zmienił się też wyraz twarzy. Z groźnej na bardziej zdeterminowaną. Nie powinnam mówić mu tego wszystkiego, ale nie mogłam się powstrzymać. Jeżeli nie chce mnie stąd wypuścić, równie dobrze może zabić.
- Diano, nie przeciągaj struny. Może cię nie zabiję, ale uwierz mi, że są rzeczy gorsze od śmierci. Nie chciałbym ci grozić, ale w inny sposób nic do ciebie nie dociera – powiedział już spokojnie. – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnę. Nie wiesz, jak chcę znaleźć się w tobie. Ale mimo to nie robię nic, co mogłoby do tego doprowadzić. Nie zmuszaj mnie, żebym pokazywał ci, gdzie twoje miejsce.
Zaparło mi dech w piersiach. On mnie pragnie? Nie chciałam tego. Bałam się, że zrobi mi krzywdę. Jednak z drugiej strony nie mogłam zaprzeczać, że coś mnie do niego ciągnie. Dlatego odważyłam się mu to wszystko powiedzieć. Chciałam go zdenerwować, żeby mnie wziął. O czym ja w ogóle myślę. Nie jestem taka.
- Nie zabijaj więcej ludzi – wyszeptałam.
- Wiesz, że muszę. Jeżeli tego nie zrobię, odbije się to na tobie. Chyba tego nie chcesz. Już co o tym mówiłem. Poza tym muszę zabijać jedną osobę podczas każdej pełni. To nie podlega dyskusji – odpowiedział bezbarwnie.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek ginął przeze mnie. Musi być jakiś inny sposób. I żebyś przestał zabijać w ogóle – nie byłam pewna tego, co mówię, ale musiałam spróbować. Nic innego mi nie zostało.
 - Nie chcesz? Więc zgadzasz się dobrowolnie przyjść do mojego łóżka? – zaśmiał się ponuro. – Nie, Diano. Nie wiesz, co to dla ciebie znaczy. Nie będziemy o tym rozmawiać. A teraz śpij.
- Nie chcę spać – powiedziałam naburmuszona. Chcę się dowiedzieć, czy jest jakiś sposób – zaoponowałam. Naprawdę nie chciało mi się spać. Poza tym dotyk jego ciała działał na mnie pobudzająco. W jego oczach zobaczyłam gniew.

- Nie ma sposobu. Już nigdy nie będziesz o to pytać. Śpij, dziewczyno – zamknął mi powieki dłońmi i zasnęłam.


*************************************************************************
 Było 20 komentarzy, więc proszę, nowy rozdział ;) Mam nadzieję, że wam się podoba. Pod tym też dacie radę 20 koemtarzy? a może mnie zaskoczycie? ;)

Dzięki za miłe opinie i miło czyta się, że mam więcej fanów niż 1 ;) całkiem fajne uczucie :)

Przeczytałam kilka wersji, jak mogłoby się to opowiadanie zakończyć. Ciekawe komu uda się trafić ;) A może was zaskoczę i będzie inaczej? ;D

Pozdrawiam S. xx 

niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział IV

Jeździec nie zjawił się w moim pokoju przez dwa dni. Chociaż nie chciałam tego przyznawać otwarcie to tęskniłam za jego widokiem. Całe dnie spędzałam w swoim pokoju. Choć nie było to prawdziwe więzienie to przygnębiało mnie. Reth już więcej mi się nie przyśnił. Starałam się myśleć o nim jak najmniej. Było to jednak trudne, gdy chciałam poczuć na ustach dotyk jego warg. Jego ręce….
Z jednej strony cieszyłam się, że nie przychodził. Miałam więcej czasu na przemyślenie ucieczki. Jakimś sposobem musiałam poznać rozkład twierdzy, w której mnie trzymano. Służba nie mogła ze mną rozmawiać, więc od nich niczego bym się nie dowiedziała. Dzień wcześniej próbowałam rozmowy z kobietą, która przyniosła mi obiad. Nie odezwała się do mnie ani słowem. Jedyne, co od niej dostałam to smutne spojrzenie.
Inna kobieta codziennie przynosiła mi nowe ubranie. Niestety robiła to tak wcześniej, że zawsze spałam. Mogłabym coś spróbować wyciągnąć od Retha, ale on nie zjawiał się w moim pokoju. Poza tym wątpiłam, żeby cokolwiek mi powiedział. Od razu wiedziałby, dlaczego pytam go o jego dom. Jeżeli to zamczysko można nazwać domem. 
Minęły kolejne dni, a ja cały czas byłam w tym samym położeniu. Nie wiedziałam nic o twierdzy. Nie przychodził też Jeździec. Coraz łatwiej było o nim nie myśleć. Jednego dnia znalazłam na stoliku przy łóżku książkę. Od tamtego czasu pojawiały się tam regularnie. Całe dnie spędzałam na czytaniu powieści.
Leżałam już od dłuższego czasu i wpatrywałam się w te same zdania. Nie mogłam uwierzyć w to, co było napisane. Jak ktoś mógłby być tak bezduszny? Rzuciłam książką przez pokój, aż wylądowała pod drzwiami od balkonu. Nie wychodziłam tam od ostatniego razu. Wolałam nie denerwować Retha, poza tym obawiałam się mężczyzn, którzy mu towarzyszyli.
Podeszłam powoli do podwójnych drzwi i otworzyłam je. Na zewnątrz było dosyć chłodno. Objęłam się rękami i podeszła do krańca balkonu. To, co zobaczyłam na dole zmroziło mi krew w żyłach. Zakryłam usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Jak on mógł…?
Reth stał nad jakimś mężczyzną z mieczem w dłoni. W następnej sekundzie głowa mężczyzny była metr od ciała. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Bałam się, że zemdleję. Nie chciałam już patrzeć na to, co działo się na dziedzińcu. Dałam radę cofnąć się o krok, kiedy zalała mnie ciemność. Już nic nie widziałam. I była z tego powodu szczęśliwa.
Jak przez mgłę pamiętałam obejmujące mnie ręce. Poczułam pod głową coś miękkiego i znowu odpłynęłam.
Gdy się obudziłam, kręciło mi się w głowie. Powoli otworzyłam oczy. W pokoju panował półmrok. Palił się ogień w kominku. Oprócz tego nic nie dawało światła. Spróbowałam się unieść, ale jeszcze bardziej zakręciło mi się w głowie. Opadłam na poduszkę i jęknęłam. Co się stało?
Nagle to do mnie dotarło. Reth zabił człowieka. Mieczem. Na moich oczach. Wiedziałam, że zabija, ale mówił, że musi to robić tylko podczas pełni księżyca. Dzisiaj nie było pełni. To było przerażające. Nie chciałam go już nigdy więcej widzieć. Musiałam stamtąd uciec i to jak najszybciej. Jak najdalej od tego człowieka. Głęboki głos wyrwał mnie z zamyślenia.
- Jak się czujesz? – spytał Reth. Nie byłam w stanie na niego spojrzeć. Schowałam twarz w dłoniach. Dlaczego musiał tu być? Nie przychodził przez tak długo, a teraz postanowił dowiedzieć się, jak się czuję.
- Dobrze – powiedziałam. Chciałam po prostu pozbyć się go z tego pokoju. Żałowałam, że w ogóle poszłam do tamtej wioski. Żałowałam, że tu byłam, że nie dałam się zabić.
- Nie wierzę ci. Co się stało? – powiedział bezbarwnym głosem. Wiedziałam, że go to nie obchodziło. Więc po co pytał?
- Nic – odpowiedziałam chłodno. Miałam nadzieję, że już sobie pójdzie.
- Diano, co się stało? Powiedz mi – naciskał. Nie zamierzałam mu odpowiedzieć. Spojrzałam na swoje dłonie złożone na kolanach. Co miałam powiedzieć? Że śmiertelnie mnie przestraszył zabijając człowieka? Że brzydziłam się nim?
Reth dotknął delikatnie moje dłoni. Nie myśląc o tym co robię, odskoczyłam od niego. Bałam się na niego spojrzeć. Położyłam głowę na kolanach i nie chciałam spojrzeć na Jeźdźca. Nie mógł mnie po prostu zostawić?
- Co się stało? – powiedział groźnie. Ciarki przebiegły mi po plecach. Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki i zamknęłam się w niej. Miałam nadzieję, że zrozumie aluzję i sobie pójdzie. Usiadłam pod ścianą i wpatrywałam się w drzwi. Nie wyjdę, dopóki Reth nie pójdzie.
Zdawałam sobie sprawę, że zachowuję się jak idiotka. Mimo to nie wróciłam do Retha i nie porozmawiałam z nim. Bałam się go. Siedziałam cicho, aż usłyszałam pukanie do drzwi. Wstrzymałam oddech i nasłuchiwałam, czy sobie pójdzie.
- Wyjdź i porozmawiaj ze mną. Inaczej wyważę te drzwi i zmuszę cię do rozmowy – powiedział. Jego głęboki głos tłumiły drzwi, jednak cały czas można było usłyszeć w nim groźbę. Wiedziałam, że nie żartuje, ale nic sobie z tego nie robiłam. Położyłam głowę na kolanach i czekałam.
Po chwili usłyszałam łomot, a potem drzwi wyleciały z futryny. Wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami. Ile ten mężczyzna musiał mieć siły.
- Teraz sobie porozmawiamy – podszedł do mnie, podniósł i przerzucił sobie przez ramię, tak że zwisałam głową w dół. Myślałam, że żuci mnie na łóżko, ale on wyszedł z pokoju. Przełknęłam głośno ślinę. Chyba nie zabierał mnie do żadnego lochu?
- Gdzie mnie zabierasz? – wyksztusiłam. Zaczynało mi się już kręcić w głowie. Chciałam, żeby mnie wreszcie postawił na ziemi.
Reth nie odpowiedział tylko zaniósł mnie do innego skrzydła zamku i otworzył masywne drzwi. Nie widziałam, co się za nimi znajduje. Na szczęście nie było to żaden loch.
Wreszcie postawił mnie na ziemię, lekko przytrzymując żebym się nie przewrócił, po czym pchnął na kanapę przed gigantycznym kominkiem. Rozejrzałam się zdezorientowana i dostrzegłam regały z książkami. To musiała być biblioteka. Tomy oprawione w skórę stały równo na półkach. Byłam pewna, że nie było na nich ani grama kurzu.
Bałam się odezwać. Spojrzałam na Retha, który stał wpatrzony we mnie. Jego przystojna twarz wyrażała dezaprobatę. Próbowałam odwrócić od niego wzrok, ale nie mogłam. Zauważyłam tylko, że nie miał na sobie ciężkiego płaszcza, który zazwyczaj nosił.
- Powiesz mi wreszcie co się stało? – spytał ostro. Zastraszaniem nie wydobędzie tego ode mnie. Powinien już to odgadnąć. Patrzyłam tylko tępo na jego twarz.
Nagle wstrzymałam oddech. Poczułam ucisk, ale nie potrafiłam powiedzieć, co to było. Jakby ktoś chciał mi się dostać do mózgu. To niemożliwe, żeby on… Nie, nie zrobiłby mi tego. Próbowałam go wypchnąć z głowy i chyba mi się udało. Uśmiechnęłam się pod nosem, zadowolona z siebie. Tak łatwo nie dostanie się do mojej głowy.
- Widziałaś mnie – powiedział spokojnie. Moje zadowolenie prysło, jak bańka mydlana. Wiedział. – To dlatego zemdlałaś. Dlaczego nie chciałaś mi powiedzieć?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bałam się? To była prawda, ale nie do końca. Wmawiałam sobie,  że to zdarzenie tylko mi się przywidziało. Przecież śnił mi się raz i to mogło się powtórzyć. Teraz wiedziałam na pewno, że była to prawda. Jeździec na moich oczach zabił człowieka. Pozbawił go głowy. Zdawałam sobie sprawę, że zabija, ale nie chciałam, żeby robił to na moich oczach.
- Tak – powiedziałam cicho. Mógł mnie nawet nie usłyszeć. Spojrzałam na niego nieśmiało i zobaczyłam mały uśmiech na jego przystojnej twarzy. Z czego on się do diabła śmiał?!
- Dziewczyno, zabijam od dawna. To nie powinno cię zdziwić. Chyba, że się mnie boisz? – spytał z rozbawieniem.
- Co cię tak bawi?! To, że zabiłeś tego człowieka?! Zapewniam cię, że to nie było śmieszne! Co on ci do diabła zrobił?! Musiałeś go od razu zabijać?! – nie interesowało mnie, czy się zdenerwuje. Żadna śmierć nie powinna go bawić.
- Nie krzycz na mnie. Musiałem to zrobić czy ci się to podoba, czy nie – powiedział zimnym głosem. Ale dlaczego? Nie chciał mi tego powiedzieć?
-Bo co? Mnie też zabijesz? Powiedziałeś, że zabijasz tylko podczas pełni księżyca. Kłamałeś? – spytałam. Musiałam się tego dowiedzieć.
- Nie kłamałem. To była wyjątkowa sytuacja. Naprawdę musiałem to zrobić. Zaufaj mi – widziałam powagę w jego oczach. Chciał, żebym mu zaufała, ale jak skoro zabija niewinnych ludzi?
- Jak mam ci zaufać, skoro zabijasz kogoś i nawet nie chcesz mi powiedzieć, dlaczego? Nie mam pewności, że ja nie będę następna. Jaka wyjątkowa sytuacja? Wytłumacz mi to! – musiałam wszystko z niego wydusić. Skoro chciał rozmawiać będzie miał rozmowę.
- Nie będziesz następna. Przyrzekam. Proszę, nie pytaj o to. Nie odpowiem ci.
- Dlaczego?! Czy on ci coś zrobił?! – poczułam łzy napływające do oczu. Przełknęłam szloch i spojrzałam na niego.
- Nie płacz. Nie mogę ci powiedzieć – powiedział spokojnie. Nie rozumiałam tego. Czy cokolwiek wywoływało w nim jakieś emocje? Jeżeli nie śmierć, to co?
- Dlaczego nie możesz? – spytałam po raz ostatni. Chciałam go zrozumieć, ale nie miałam na to szans jeżeli  nic mi nie powie.
- Diano, nie zrozumiałabyś. Za bardzo by to tobą wstrząsnęło. Musiałem zabić kogoś, niestety padło na tego mężczyznę. Ale nie martw się. I tak niedługo by umarł. Był śmiertelnie chory – chciał mnie pocieszyć. Widziałam to, ale jednak nie potrafiłam się uspokoić. To było zbyt wiele.
- Reth próbuję cię zrozumieć. Naprawdę możesz mi wierzyć. Ale nie jestem w stanie ci zaufać. Dlaczego musiałeś kogoś zabić? Pozwól mi zrozumieć, proszę – powiedziałam łamiącym się głosem.
- Diano, zrobiłem to dla ciebie – powiedział szeptem. W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam. Dla mnie? Ale w czym miało mi to pomóc? Nie chciałam, żeby zabijał kogokolwiek przeze mnie. Nie znałam tego mężczyzny, więc na pewno nie chodziło o zemstę.
Nie mogłam się z tym pogodzić, że przeze mnie zginął człowiek. Chociaż tego nie chciałam, zaczęłam płakać. Nie mogłam się powstrzymać. Nikt nie powinien umierać z mojego powodu.
Poczułam, że Reth do mnie podszedł. Nie chciałam go, ale nie byłam w stanie powiedzieć choćby słowa. Mężczyzna przytulił mnie do siebie i szeptał, żebym się uspokoiła. Położyłam mu głowę na ramieniu i płakałam, aż wyschły wszystkie łzy. Nie chciałam się od niego odsuwać. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa, kiedy obejmował mnie swoimi silnymi ramionami.
W końcu odetchnęłam głęboko i spojrzałam Rethowi w twarz. Widziałam w jego oczach smutek. Musiałam odwrócić twarz. Nie chciałam oglądać go smutnego. Wolałam już maskę, którą nosił przez cały czas. Miałam rację, że nie jest aż tak bardzo obojętny.
- Nie płacz więcej. Powiem ci, dlaczego ten mężczyzna zginął, ale obawiam się, że mi tego nigdy nie wybaczysz – spojrzałam na niego nieprzytomnie. Dlaczego zależało mu na tym, żebym mu wybaczyłam? Nie rozumiałam tego mężczyzny.
- Nawet nie wiem co miałabym ci wybaczyć – powiedziałam po prostu. Wiele rzeczy byłabym w stanie wybaczyć Rethowi. Ale nie chciałam mu jeszcze o tym mówić.
- Wiesz co uosabiam? – spytał nagle. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Musiał to wyczytać z mojej miny, bo kontynuował – Uosabiam Głód. Pragnienie. Coś, czego nie jesteś w stanie przezwyciężyć. Coś, co musisz zaspokajać.
- Nie rozumiem do czego zmierzasz – powiedziałam. Pamiętałam pojawienie się na ziemi jego i trzech pozostałych. Śmierć, Wojna, Zwycięstwo, Głód. Jednak cały czas nie rozumiałam o co mu chodziło. Uosabiał Głód, ale co to miało wspólnego ze mną?
- Chodzi o to, że jeżeli czegoś pragnę, muszę to mieć w innym wypadku może stać się coś strasznego. Mogę nad sobą nie zapanować, a to będzie miało wpływ na wiele osób, może nawet na wszystkich na tym kontynencie. Dlatego musiałem zabić tego mężczyznę. Przez przelaną krew ta potrzeba trochę słabnie, ale w końcu będę musiał coś z nią zrobić. W innym wypadku mogą zginąć miliony. Nie zabijam tak często jak uosobienie Śmierci, jednak muszę to robić. Jeżeli miałbym jakiś wybór nic nie stałoby się temu człowiekowi.
- Więc nie zabijasz? I nie zabijesz nikogo więcej? – spytałam go głosem pełnym nadziei. Chciałam, żeby odpowiedź była twierdząca. Niewinni ludzie nie mogli ginąć, mimo że wielu z nich na to zasłużyło.
- Nie zabijam więcej niż muszę. Nie mogę obiecać ci, że więcej tego nie zrobię, Diano. Ta potrzeba jest zbyt silna. Wkrótce, może nawet jutro będę musiał zabić ponownie. Nie chcę, żebyś to widziała. Nie wychodź więcej na ten balkon. Jeżeli chcesz możesz przychodzić tutaj. W zamku nikt nie będzie cię niepokoił.
- Reth, cały czas nie rozumiem jaka potrzeba jest tak silna i co to ma wspólnego ze mną – powiedziałam, kiedy tylko udało mi się przebrnąć przez informacje, których mi udzielił. – Nie rozumiem też, co ja tutaj cały czas robię. Przywiozłeś mnie do tego zamku i trzymasz jak księżniczkę, która czeka na księcia zamknięta w wieży. Nie rozumiem.
- To ma bardzo wiele wspólnego z tobą. To wszystko jest związane z tobą. Cały czas nie rozumiesz? Nie wiesz, czego mogę chcieć tak bardzo? Zabiłem tego człowieka, żebym nie zrobił czegoś wbrew twojej woli.
Zachłysnęłam się powietrzem. Wbrew mojej woli? Co on mógłby…? O nie. Tylko przez to, że odrzucałam Retha zginął człowiek. O to chodziło. Pragnienie. On chciał mnie, ale mimo to postanowił uszanować moją decyzję nawet dopuszczając się czegoś tak okrutnego. Rzeczywiście zrobił to dla mnie, ale za jaką cenę.
- Wreszcie zrozumiałaś. Nie chciałem się na ciebie rzucić, czy zrobić czegokolwiek, czego byś nie chciała. Ale to pragnienie było tak silne, że nie mogłem przestać o tobie myśleć. Ostatnie dni spędziłem poza zamkiem, żeby być dalej od ciebie. Myślałem, że mi przejdzie, ale nic z tego. Wróciłem, ale gdybym od razu przyszedł do ciebie wylądowałabyś związana w łóżku. Musiałbym cię posiąść. W zamian za twoją czystość zginął tamten człowiek.
- Nie powinieneś tego robić. Nie jestem warta tego, żeby ktoś za mnie ginął. Nie masz pojęcia jak okropnie czuję się z tą wiedzą. Kiedy tylko następnym razem będziesz mnie pragnął to po prostu przyjdź, nawet jeżeli rzucisz się na mnie jak wygłodniała bestia. Nie chcę, żeby przeze mnie ginęli ludzie – powiedziałam jednym tchem.
Razem z tymi słowami uświadomiłam sobie, że chcę czy nie on i tak będzie mnie miał. Niezależnie czy tego chcę czy nie. Musiałam się z tym pogodzić.
Reth delikatnie dotknął dłonią mojej twarzy. Przysunął się bliżej mnie.
- Jesteś tego pewna? – spytał wprost do mojego ucha? Jego ciepły oddech owiał mi skórę. Skinęłam głową.
Nie namyślając się dłużej Reth przycisnął usta do moich warg. Jęknęłam cicho. Całował mnie namiętnie. Językiem otworzył mi usta, a jego język znalazł się w środku. Oparłam się o kanapę, a on prawie leżał na mnie.
Po kilku minutach, może sekundach oderwał się ode mnie i spojrzał mi głęboko w oczy.

- Nie rozumiesz. Diano, pragnę cię przez cały czas od kiedy tylko cię zobaczyłem.



__________________________________________________________________

Cześć wam :) Miłych wakacji! Do której klasy idziecie potem? Ja niestety zaczynam 3 szkołę w karierze.... oby było warto :)
Jak wam się podoba kolejny rozdział? Dlacie radę znowu 20 komentarzy? ;)

Od pewnej osoby dowiedziałam się, że jest moją fanką i... wow dziwne uczucie ;) Fajnie mieć chociaż 1 fana.
Pozdrawiam xx 

piątek, 13 czerwca 2014

Rozdział III

                - Jeżeli tak powiem to owszem, spodoba ci się – powiedział. Wydawało mi się, że Jeździec będzie wściekły, ale wydawał się bardziej rozbawiony. Ciekawe na ile mogę z nim zadrzeć. Musiałam uważać, żeby nie zrobił mi krzywdy, ale na pewno nie zamierzałam teraz dać się zgwałcić.
                - Nie spodoba mi się. Nie masz nade mną takiej władzy. Nie pozwolę ci na to – odpowiedziałam próbując zapanować nad głosem. Reth patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie oczekiwał sprzeciwu.
                - Dziewczyno, żyję od bardzo wielu lat i wiem, co zrobić, kiedy chce się kogoś do czegoś zmusić – powiedział zimnym tonem. Może nie powinnam była się odzywać? Teraz się nie wycofam. Muszę znaleźć coś, dzięki czemu będę mogła uciec. A jeżeli jego gniew jest tym czymś to zaryzykuję.
                - Możesz żyć długo, ale na pewno nie wiesz wszystkiego. Nie można zmusić kogoś do czegoś wbrew jego woli i oczekiwać, że mu się to spodoba. To jest niemożliwe – już nie zwracałam uwagi, czy się zdenerwuje. Nie chciałam, żeby zmuszał mnie do czegokolwiek. Nawet, jeżeli wyglądał niesamowicie. Dałam sobie w myślach w twarz. O czym ja w ogóle myślałam. 
– Na razie jedyną rzeczą, do jakiej cię zmuszam jest twój pobyt tutaj. Nic nie jesz, ale to twój wybór. Chociaż radziłbym ci zacząć, bo osłabniesz – po tych słowach pochylił głowę i pocałował mnie powoli, nieśpiesznie, namiętnie. Próbowałam mu się opierać, ale nie miałam siły. Zamiast tego zrobiłam chyba najlepsze, co mogłam zrobić. Zemdlałam.
                Obudziłam się po jakimś czasie i strasznie bolała mnie głowa. Chciało mi się też pić. W pokoju panowała ciemność. Nie widziałam nawet zarysów przedmiotów. Co się stało? A tak, Reth mnie pocałował, a ja zemdlałam. Byłam z siebie dumna. Oparłam mu się. Poruszyłam się niespokojnie. Leżałam na łóżku przykryta kołdrą. Pewnie on mnie do niego zaniósł. Tak bardzo chciało mi się pić. Spróbowałam się podnieść.
- Nie ruszaj się. Woda stoi na stoliku – powiedział głęboki głos w ciemnościach. Więc on tu cały czas był. O nie. Pewnie czekał, żebym się obudziła, żeby dokończyć dzieła. Wzdrygnęłam się na tę myśl.
- Co tu robisz? Czekasz, żeby mnie zgwałcić? Nie chciałeś tego zrobić, kiedy byłam nieprzytomna? – powiedziałam słabym głosem.
- Nie. Chciałem sprawdzić, czy nic ci nie jest. Twoja reakcja na mój pocałunek zaskoczyła mnie – roześmiał się. Opadła mi szczęka.
- Nie rozumiem, co jest w tym śmiesznego – powiedziałam tak bardzo wrednym głosem, jakim tylko mogłam. Nie rozumiałam, dlaczego on u diabła się śmiał. Pewnie wziął mnie za jakąś idiotkę, która mdleje w ramionach facetów. Na pewno zdawał sobie sprawę, jaki jest przystojny i myślał, że dlatego zemdlałam. Byłam na siebie wściekła.
Podniosłam szklankę z wodą do ust i wypiłam ją duszkiem. Od razu poczułam się lepiej. Reth podszedł do mnie i usiadł na krawędzi łóżka. Odruchowo odsunęłam się od niego. Nie chciałam, żeby znowu mnie pocałował. A może chciałam?
- Ty jesteś śmieszna. Twoja reakcja. Kiedy pocałuję cię następnym razem zadbam żebyś nie zemdlała – powiedział z rozbawieniem.
- Nie pocałujesz mnie. Masz mnie nie dotykać - krzyknęłam i zrobiłam coś, czego na pewno pożałuję. Uderzyłam go w twarz. Zanim zdążyłam pomyśleć o tym, co zrobiłam Reth leżał na mnie. Przygniatał mnie swoim ciałem do łóżka. Jeszcze nigdy się tak nie bałam. Przesadziłam. I to bardzo.
- Dziewczyno moja cierpliwość bardzo szybko się kończy. A ty aż się prosisz, żebym cię ukarał. Uwierz mi, nie chcesz tego. Możesz do końca życia być moją niewolnicą i robić wszystko, co tylko ci rozkażę – powiedział prosto do mojego ucha. Wydawał się wściekły, ale jednocześnie cieszył się moim strachem.
- Już jestem twoją niewolnicą. Czego ty w ogóle ode mnie chcesz?! Zabij mnie, tak jak to robisz z innymi, albo puść wolno – wysapałam.
- Jesteś moim gościem. Jeżeli byłabyś moją niewolnicą, w tej chwili krzyczałabyś z rozkoszy, albo z bólu.
Zamurowało mnie. Odwróciłam od niego twarz i rozpłakałam się. Nie byłam w stanie wytrzymać tego, co Jeździec do mnie mówił. Chciał mnie zgwałcić? Więzić? Ale w tym samym czasie byłam jego gościem? Po co w ogóle tutaj byłam?
Reth podniósł się i przytulił mnie do swojej szerokiej piersi. Nie spodziewałam się tego. Chwilę temu był na mnie wściekły, a teraz siedzi ze mną, dając mi się wypłakać.
- Czego ty tak naprawdę ode mnie chcesz? – wychlipałam w pierś Retha.
- Dowiesz się w swoim czasie – odpowiedział cicho. – Mogę ci tylko powiedzieć, że moim celem na pewno nie jest krzywdzenie ciebie.
Nie chciał mnie skrzywdzić? Przecież mi groził. Nie rozumiałam tego. I dlaczego nie mógł mi teraz powiedzieć? Był Jeźdźcem. Mógł zrobić wszystko. A może jednak nie? Może ktoś rządził nim?
Odsunęłam się od piersi Retha i spojrzałam mu w oczy. Nie odwrócił wzroku. Widziałam w nim wahanie.
- Dlaczego to robisz? – spytałam tak cicho, że bałam się, że mnie nie usłyszał.
- Ponieważ muszę. Zrób coś dla mnie Diano i nie sprawiaj problemów. Przyjdę do ciebie jutro. I naprawdę nie musisz się mnie bać, jeżeli tylko nie będziesz uciekać – mówiąc to wstał i wyszedł z pokoju.
Siedziałam oniemiałam na łóżku przez długi czas. Zastanawiałam się nad słowami Jeźdźca. O co mu chodziło? Po o mu jestem potrzebna? Nie chce mnie zgwałcić, więc co? Złożyć w ofierze? Chyba nie.
W końcu zasnęłam. Przyśnił mi się Reth. Siedzieliśmy przed kominkiem w moim pokoju i całowaliśmy się. Czułam jego wargi na swoich i czułam się świetnie. Bardzo mnie to zdziwiło. Może podświadomie chciałam tego. Chciałam Retha.
Obudziłam się, kiedy ręce Jeźdźca powędrowały pod moją koszulkę. Serce waliło mi jak oszalałe. Dotknęłam ust. Byłam pewna, że to wszystko tylko mi się przyśniło, ale prawie czułam mrowienie . Wcale nie wydawało mi się ono nieprzyjemne.
Chociaż Jeździec nie chciał, żebym uciekała to jednak nic mu nie obiecałam. Musiałam się stąd wydostać. Chociażby po to, żeby zemścić się za śmierć ojca. Nie miałam pewności, że nie zrobił tego Reth. Jeżeli to on to musiałam się tego dowiedzieć. Wątpiłam w swoje możliwości w starciu z nim. Wątpił też pan Ling. Od samego początku nie chciał uczyć mnie walki mieczem.
Poszłam do niego, kiedy skończyłam piętnaście lat. Spędziłam całe godziny na doskonaleniu umiejętności. Zostałam zraniona wiele razy i tyle samo razy chciałam się poddać, ale wtedy przypominałam sobie tatę i nie mogłam tego zrobić.
- Diano on cię zabije. Przestań się łudzić i przetrwaj. Pchasz się w paszczę lwa i zginiesz – mówił pan Ling. Nie chciałam go słuchać i trenowałam dalej. Na dłoniach miałam okropne odciski, które bolały za każdym razem. Nie przejmowałam się tym.
Teraz ramiona miałam pokryte bliznami, a na dłoniach odciski. Walczyłam coraz lepiej, ale dla Jeźdźca to cały czas było za mało. Przekonałam się o tym, kiedy Reth mnie porwał bez żadnego wysiłku.
Wstałam z łóżka i podeszłam do drzwi balkonowych. Ku mojemu zdziwieniu otworzyły się bez problemu. Balkon był duży. Widziałam z niego dziedziniec, na którym stało kilka osób. Byli to mężczyźni, którzy wyglądali na mocno wystraszonych. I chyba wiedziałam dlaczego.
Z szerokich wrót wyszedł Reth w swoim płaszczu zasłaniającym całą jego urodę. Mężczyźni momentalnie uklękli naprzeciwko niego i spuścili głowy. Z tej wysokości nie mogłam stwierdzić, co do nich mówił, ale wyraźnie się rozluźnili. Przez chwilę wydawał im polecenia, a potem spojrzał w górę i zamarł. Wpatrywałam się w niego i nic nie robiłam.
Po chwili dostrzegli mnie też mężczyźni stojący na dziedzińcu. Wyglądali na zdziwionych, a potem jakby chcieli mnie pożreć. Zawahałam się i odwróciłam w stronę drzwi.
- Zejdź tu do nas kochanie. Nic ci nie zrobimy – usłyszałam z dołu. Byłam przerażona. Bałam się ich bardziej od Jeźdźca. Co jeżeli tu przyjdą? Zatrzasnęłam za sobą drzwi i skuliłam się przy nich. Popełniłam kolejny błąd. Reth znowu będzie zły. W końcu mnie ukaże. A ja wcale tego nie chcę.
Siedziałam pod ścianą i wpatrywałam się w dłonie. Po jakimś czasie otworzyły się drzwi. Nie podnosiłam głowy, bo i tak wiedziałam kto przyszedł. Reth stanął przede mną i chyba oczekiwał, że na niego spojrzę.
- Spójrz na mnie – no proszę. Nie podnosiłam głowy. Nie chciałam go widzieć. Nie chciałam widzieć nikogo.
Reth ukląkł przy mnie i podniósł mi głowę. Szybko ją wzięłam i znowu spojrzałam na ręce. Nie mogłam spojrzeć mu w oczy.
- Spójrz na mnie, Diano. Nie jestem na ciebie zły. To prędzej czy później musiało się stać – powiedział łagodnym tonem. Nie chciałam mu wierzyć. Musiał być zły. Cały czas nie podnosiłam głowy. Jeździec złapał mnie za ramiona i podniósł. – Posłuchaj, oni nic ci nie zrobią, bo naraziliby się na mój gniew. Nie miałaś pojęcia, że tam będą. Nic się nie stało.
Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie powiedział. Jakim cudem nie był na mnie zły? Co prawda nie zabraniał mi wychodzić na balkon, ale jednak zobaczyli mnie jacyś ludzie. Musieli nie wiedzieć o tym, że tutaj jestem.
- Kim… kim oni byli? – wyjąkałam. Nie byłam zbytnio ciekawa, ale chciałam żeby przestał mówić, że nie jest na mnie zły. I tak wiedziałam, że kłamał. Przez jego kaptur prawie nie widziałam jego oczu. Nie byłam w stanie zobaczyć w nich prawdy.
- To moi słudzy. Zarządzają zamkiem i decydują, co zrobić z ludźmi – odpowiedział powoli. Z jakimi ludźmi? Tymi, których porywał? Nie wiedziałam, czy będzie zły jeżeli go o to spytam, ale postanowiłam zaryzykować. Musiałam to wiedzieć.
- Jakimi ludźmi? – miałam nadzieję, że nie usłyszał drżenia w moim głosie. Kiedy tylko mnie puścił, odsunęłam się. Cały czas miałam w pamięci mój sen, w którym Reth miał swój udział. Przemknął mi przez głowę pocałunek z Jeźdźcem. Wzdrygnęłam się na tą myśl.
- Chodzi o… - zawahał się przez chwilę ważąc słowa, które miały paść z jego ust. – Chodzi o osoby, które tutaj przywożę. Niektórzy z nich mieszkają tutaj i pracują jako służba. Inni mieszkają w wiosce u stóp gór.
- Więc ty nie? – spytałam. Tym razem wiedziałam, że głos musiał mi zadrżeć. Pomyślałam o ojcu. Miałam nadzieję, że może mieszka w tej wiosce i ma się dobrze. Chciałam zapytać o to Retha, ale wątpiłam, że będzie pamiętam jedną osobę pośród milionów porwanych.
- Nie, nie zabijam ich. Muszę zabić osobę podczas każdej pełni księżyca. Pozostałych zostawiam na łasce mężczyzn, których widziałaś na dole. Teraz muszę iść. Nie wychodź z tego pokoju pod moją nieobecność. Może grozić ci niebezpieczeństwo – powiedział i musnął opuszkami palców mój policzek. Zadrżałam pod jego dotykiem.
Reth odsunął się i wyszedł z pokoju. Zaniepokoiłam się moją reakcją na jego dotyk. Coraz bardziej reagowałam na małe pieszczoty Jeźdźca. Musiałam przyznać, że był diabelnie seksowny, jednak cały czas to wcielenie zła. Przecież nie mogłam nic poczuć do takiej osoby.
Usiadłam na łóżku i Wpatrywałam się w drzwi od balkonu. Nie wiem, ile czasu mi to zajęło. Nie potrafiłam odwrócić wzroku i popatrzeć na kominek czy cokolwiek innego w tym pokoju. Przez cały czas przed oczami miałam mój sen. Wywoływał wielki mentlik w głowie, którego chciałam uniknąć. To wszystko mnie przerażało.
Musiałam znowu spróbować stąd uciec. Reth mówił, że gdzieś jest wioska. Jeżeli tylko udałoby mi się do niej dostać. Chciałam spróbować, ale obawiałam się też reakcji Jeźdźca, jeżeli mój plan nie powiódłby się. Gdybym uciekła, musiałabym gdzieś się ukryć.
Westchnęłam i położyłam się. Coś musiałam zrobić, ale co? Miałam tak wielki mentlik w głowie, że nie byłam w stanie wymyślić czegokolwiek.
Myślałam o ucieczce przez kilka godzin. Przez ten cały czas obawiałam się też, że Reth przyjdzie do mojego pokoju i będzie czegoś chciał. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę okropna myśl, której próbowałam się pozbyć. Mogłam pozwolić po prostu mu się wykorzystać i pozwolić, żeby mnie odesłał albo zabił.

Szybko porzuciłam tę myśl. Nie będę jego zabawką, mimo że kusiły mnie jego usta.


__________________________________________________________________________

Wreszcie skończyłam ten rozdział :) Przepraszam, że tak długo to trwało, ale nie miała czasu. Teraz już mam oceny wystawione ( :'( ) więc chyba będę miała na to więcej czasu. 
Dziękuję wam za wszystkie miłe komentarze :) Napisałam, że ma być 20, a jest ich 30 WOW
Oczywiście dziękuję też za ponad tysiąc wejść! :D

Co do komentarzy o poprzedni blog to skończę go, ale nie wiem kiedy :/ 

Jeżeli chcecie to możecie mnie pytać o co chcecie pod tym postem a w następnym odpowiem wam na nie :) Dacie radę 20 komentarzy pod tym postem? Mam nadzieję
Pozdrawiam Sandra xx

sobota, 24 maja 2014

Rozdział II

                Wolałam nie wiedzieć, co zrobiłby mi, gdybym tam cały czas stała. Ostrożnie wyszłam zza kominka i stanęłam przed Jeźdźcem. Bałam się spojrzeć na niego. Wpatrywałam się w swoje nogi i modliłam, żeby tylko nic mi nie zrobił. Wstydziłam się swojego tchórzostwa. Z drugiej strony trudno było się nie bać strasznego mężczyzny stojącego przede mną.
                - Spójrz na mnie dziewczyno. Nic ci nie zrobię. Na razie – to była groźba. Mimowolnie zadrżałam. Powoli podniosłam wzrok i spojrzałam na niego. Cały czas miał założony kaptur, przez który nie widziałam jego twarzy. – Czuję twój strach. Boisz się tego, co mógłbym ci zrobić. Ale jest też w tobie pragnienie zemsty. Ciekawe. Co takiego ci zrobiłem, że chcesz się na mnie zemścić? A może to nie ja, tylko jeden z moich braci? – powiedział głębokim głosem, od którego przeszły mnie ciarki.
– Zabraliście mojego ojca. Przez was moja matka nie żyje – powiedziałam lodowatym głosem. Nie wiedziałam, że mogę być taka odważna w towarzystwie jednego z nich. Oby to mnie tylko nie zgubiło.
- Zabrałem twojego ojca. To możliwe. Nie sposób zapamiętać ich wszystkich. Wierz mi lub nie, ale przyszła jego kolej. Musiałem go zabrać.
- Musiałeś?! Jakim prawem decydujesz, kiedy ktoś ma umrzeć?! Kim ty do cholery jesteś?! Ty i twoi bracia jesteście egoistami! Zabijacie, bo macie taki kaprys! – krzyknęłam. Dopiero po chwili zorientowałam się, co zrobiłam. To mógł być dla mnie wyrok.
- Po pierwsze, dziewczynko, nie ja o tym decyduję. Po drugie podnieś jeszcze raz głos, a spotka cię kara. Lepiej nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. Poza tym zjedz to, co przyniosła ci służąca – odpowiedział spokojnie z groźną nutą w głosie.
- Nie groź mi i nie rozkazuj! Nie jesteś moim panem. Nie będę robić tego, czego ode nie żądasz – powiedziałam. Już nie obchodziło nie to, co ze mną zrobi. Gorzej już i tak nie może być.
- Owszem, jestem twoim panem. Jesteś na mojej łasce i radziłbym ci robić to, co każę. Będę ci rozkazywał, kiedy tylko będę chciał. A już na pewno podczas tego, co dla ciebie zaplanowałem – mój wzrok od razu padł na łóżko. Głośno przełknęłam ślinę.
- Ccco masz na myśli? – wyszeptałam. Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej, tak bardzo się wystraszyłam.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? Na to przyjdzie jeszcze czas. A teraz zjedz coś, bo inaczej zasłabniesz – powiedział i wyszedł z pokoju. Zostałam sama, bijąc się z myślami. Nie chciałam wiedzieć, o czym mówił.
Chodziłam po pokoju, rozważnie unikając łóżka. Za oknem robiło się coraz ciemniej. Zachciało mi się spać. Postanowiłam jednak nie zasypiać, żeby Jeździec nic nie zrobił mi przez sen.
Wcześniej przeszukałam pokój, szukając drogi ucieczki. Okno było zbyt wysoko. Drzwi wychodziły na korytarz, którym pewnie nie mogłabym uciec. Nie widziałam żadnych strażników, ale byłam pewna, że mój oprawca od razu by mnie znalazł.
Zmęczona usiadłam na sofie. Miałam dosyć. Potrzebowałam snu. Ostatniej nocy nie spałam zbyt dobrze. Wszystko z powodu Jeźdźców. Miałam ich serdecznie dosyć. Powieki strasznie mi ciążyły. W końcu musiałam je zamknąć. Nie wytrzymałam zbyt długo i zasnęłam zmęczona.
Obudziły mnie promienie słońca padające mi na twarz. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leże w łóżku. Przestraszyłam się, bo pamiętałam, że zasnęłam na sofie. Uniosłam głowę i zobaczyłam mojego oprawcę siedzącego na krześle naprzeciwko łóżka. Przypatrywał mi się uważnie. Wiedziałam to, mimo że cały czas miał na głowie kaptur.
- Dzień dobry, dziewczyno – powiedział miękko.
- Co ja robię w łóżku? Przecież zasnęłam na sofie. Jak? – przerwałam mu zachrypniętym głosem.
- Znalazłem cię śpiącą tam – wskazał głową na sofę – i przeniosłem na łóżko. Nie martw się, nic ci nie zrobiłem.
- Zdejmij kaptur – powiedziałam, zaskakując samą siebie. Nikt nigdy nie widział żadnego z Jeźdźców bez kaptura. Zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam o to prosić, ale słowo się rzekło. Nie mogłam już tego odwołać.
- Dlaczego chcesz zobaczyć moją twarz? – spytał. W jego głosie nie usłyszałam rozdrażnienia. Może nie był zły.
- Po prostu… przepraszam. Nie powinnam była tego mówić – powiedziałam spoglądając na ręce.
- Więc teraz postanowiłaś być posłuszna? Jeszcze wczoraj mnie nienawidziłaś i nie chciałaś mieć ze mną nic wspólnego – powiedział wyraźnie rozbawiony.
- To nie tak. Nienawidzę cię. I nie powinnam prosić o cokolwiek. Cały czas nie chcę tu być i nie chcę, żebyś w ogóle mnie dotykał – starałam się zabrzmieć spokojnie, chociaż miałam ochotę na niego nakrzyczeć.
- Spełnię tę jedną twoją prośbę – odparł i ściągnął z głowy kaptur. Wciągnęłam głośno powietrze. On był… piękny. Nie spodziewałam się, że zło wcielone może tak wyglądać.
Czarne falowane włosy okalały przystojną, młodą twarz. Nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat. Usta miał zaciśnięte w linię. Nie był zadowolony z tego, że pokazał swoją twarz. Miał prosty nos i najbardziej zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Były piękne. Ocienione czarnymi, długimi rzęsami.
- Ty… jesteś piękny, Jeźdźcu – wyszeptałam. Wiedziałam, że na mojej twarzy widać szok. Nie chciałam, żeby to widział, ale nie potrafiłam inaczej zareagować. Gdyby był normalnym mężczyzną, kobiety ustawiałyby się za nim w kolejce.
- Reth – powiedział swoim dźwięcznym, głębokim głosem.
- Co? – zdziwiłam się.
- Reth. To moje imię. Ale nie rozumiem tego zdziwienia na twojej twarzy. Każdy ma jakieś imię. Więc jak brzmi twoje? – spytał. Na jego pięknej twarzy malowało się znużenie.
- Nie wiedziałam. To znaczy zawsze byliście dla nas Jeźdźcami – zawstydziłam się. – Mam na imię Diana.
- Jak widzisz nie zawsze jestem taki straszny. Chociaż twoja nienawiść do mnie i moich braci jest zrozumiała, to wykonuję tylko to, co muszę. Nie zawsze podoba mi się porywanie ludzi. Mimo że jestem niepochamowanym pragnieniem, potrafię się powstrzymać. Tak jak teraz. Ale… dzisiejszej nocy będziesz moja.
Naciągnął na głowę kaptur i wyszedł. Wzdrygnęłam się. Nadal czułam do niego niechęć. Mimo że wyglądał jak anioł, był diabłem.
Chciałam krzyknąć, że nigdy nie będę jego, ale to nie miałoby sensu. Musiałam wymyślić jakiś sposób, żeby się stąd wydostać. Przeszukałam pokój, szukając jakichś przejść. Niestety nic nie znalazłam.
Podeszłam ostrożnie do drzwi i delikatnie je otworzyłam. Wyjrzałam na zewnątrz. Nikogo nie było na korytarzu. Po cichu wyszłam i skierowałam się w lewo. Pamiętałam, że Jeździec prowadził mnie z tamtego kierunku. Jeżeli dostanę się za bramę, powinnam jakoś dać sobie radę. Poszłam w kierunku schodów. Wyjrzałam za nie, żeby sprawdzić, czy nikt nie idzie. W holu stały dwie osoby. Schowałam się za wielką donicę i czekałam, aż pójdą.
Czekałam przez kilkanaście minut, modląc się, żeby tylko nikt mnie nie znalazł. Kiedy wreszcie sobie poszli, wyszłam zza donicy i zeszłam po schodach. Stanęłam w holu i rozejrzałam się. Z korytarza z prawej było słychać kroki. Schowałam się za schodami. W takim tempie nigdy nie opuszczę tego zamczyska.
Do holu wszedł Jeździec. Z drugiej strony podszedł do niego jakiś mężczyzna. Pomyślałam, że to pewnie jakiś sługa. Chociaż na razie widziałam tylko kilka osób, ten wyglądał jak jeden z nich.
- Panie – klęknął na jedno kolano – nikt nie będzie jej niepokoił. Tak jak rozkazałeś tylko jedna służąca będzie mogła się do niej zbliżyć.
- Bardzo dobrze, Matthew – powiedział głęboki głos – ty też możesz z nią rozmawiać, ale nie masz prawa choćby jej dotknąć.
- Jak sobie życzysz, panie – odpowiedział sługa i odszedł. Bałam się chociażby oddychać, żeby nikt mnie nie zauważył. A tym bardziej Reth. Nie słyszałam kroków i nie wiedziałam, gdzie on jest. Miałam nadzieję, że jak najdalej ode mnie.
- Diano, wyjdź stamtąd – zamurowało mnie.  Wiedział, gdzie jestem. Byłam przerażona. A jeżeli coś mi zrobi? Nie chciałam nawet wiedzieć, co mogłoby się stać. – Nie nadwyrężaj mojej cierpliwości.
Wzięłam głęboki oddech i wyszłam zza schodów. Bałam się spojrzeć na niego. Podeszłam na bezpieczną odległość i wpatrywałam się w buty. Czekałam na to, co może mi zrobić.
Jeździec podszedł i delikatnie uniósł mi brodę, tak, że musiałam na niego spojrzeć. Sięgnął do kaptura, który zakrywał mu twarz i ściągnął go. Spojrzałam mu w te niesamowicie zielone oczy. Nie mogłam odwrócić wzroku. To spojrzenie hipnotyzowało.
- Dlaczego wyszłaś z pokoju? Miałaś tam zostać – powiedział. Bałam się, że zaraz może mnie uderzyć. Wpatrywałam się tylko w niego, mając nadzieję, że nic mi się nie stanie. – Odpowiedz.
- Ja… chciałam uciec – wyszeptałam ledwo słyszalnie, ale byłam pewna, że doskonale mnie zrozumiał. Prawie się uśmiechnął.
- Nie próbuj więcej. Nie dasz rady – puścił moją brodę i odszedł kilka kroków. Stałam tam jak skamieniała, bojąc się ruszyć czy chociażby oddychać. – Wróć do pokoju. Nie wychodź z niego.
Gdy tylko zobaczyłam, że jego plecy zniknęły za zakrętem, ruszyłam w kierunku wielkich wrót. Nie miałam pojęcia, czy zaprowadzą mnie do wolności, ale przynajmniej dalej od Jeźdźca.
Tak cicho jak tylko mogłam podeszłam do nich i spróbowałam otworzyć. Ani drgnęły. Naparłam na klamkę całym ciężarem ciała, ale rezultat był ten sam. Nie miałam szansy nimi uciec. Musiałam znaleźć inną drogę. Służąca raczej mi nie pomoże, chyba że tak jak ja nienawidzi swojego pana. Musiałam spróbować.
Wróciłam do komnaty i usiadłam na krawędzi łóżka. Wcześniej nie chciałam chociażby do niego poschodzić, ale skoro na razie mnie nie zgwałcił, może na razie nic mi nie zrobi. Oparłam się na rękach i myślałam o tym, co mogłabym robić teraz, gdyby to wszystko się nie zaczęło.
Siedziałabym w szkole, nudziła się na lekcjach, podkochiwała w klasowym przystojniaku, o którym plotkowałabym z przyjaciółkami. Żałowałam, że nie mogłam mieć takiego życia i musiałam radzić sobie z obecnym.
Byłam ciekawa co stało się z moją przyjaciółką z dzieciństwa. Zaraz po nadejściu Jeźdźców uciekła z rodzicami i nie miałam o niej żadnej wiadomości. Brenna zawsze opowiadała zwariowane historie i we wszystkim potrafiła znaleźć coś pozytywnego. Ciekawe czy znalazłaby w tym?
Może powiedziałaby, że znalazłam się na łasce zabójczo przystojnego mężczyzny. Ale w końcu był on wcieleniem zła. Jak mogłabym się tym cieszyć? W normalnych okolicznościach na pewno cieszyłabym się zainteresowaniem kogoś takiego. Kto ostatecznie chciał mnie zgwałcić…
Uczyłam się walczyć, zawsze znajdować sposób na znalezienie jakiegoś bezpiecznego miejsca, ale co miałam zrobić w fortecy Jeźdźca Apokalipsy, skoro nawet nie wiedziałam, gdzie ona się znajduje? Może były to Kordyliery. W końcu to największy łańcuch górski w Ameryce Północnej, ale nie mogłam mieć pewności. Równie dobrze mogłabym być na Księżycu.
Poczułam się beznadziejnie. Jak mogłam tak wpaść? W dodatku z jednym z ciemiężycieli całej ludzkości? Zaśmiałam się z siebie. Ja to miałam szczęście.
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Nie byłam pewna, czy powinnam podejść i je otworzyć, czy w ogóle się nie ruszać. Wybrałam drugą opcję. Może nie będzie tak źle.
Siedziałam spokojnie i wpatrywałam się w drzwi, które zaczęły się powoli otwierać. Wstrzymałam oddech, oczekując wściekłego Retha. Na szczęście to nie był on. Do pokoju wszedł mężczyzna, z którym rozmawiał Jeździec.
- Witaj dziewczyno – powiedział. Nie chciałam mu odpowiadać. Nie chciałam nawet wiedzieć, co chce mi powiedzieć. Najlepiej, jakby zostawił mnie w spokoju. – Widzę, że twoje maniery są w opłakanym stanie. W każdym razie chcę cię poinformować, że jeżeli jeszcze raz opuścisz komnatę bez zezwolenia Pana, zostaniesz ukarana.
Przełknęłam głośno ślinę. Co on mi zrobi? Coś, co jest jeszcze gorsze od gwałtu? Nie byłam pewna, czy chcę to wiedzieć.
- Nie wyjdę stąd więcej – powiedziałam cicho.
- Cudownie. W takim razie miłego dnia – powiedział i odszedł. Zamurowało mnie. Co ro w ogóle miało być? Najpierw groził mi, a potem życzył miłego dnia?
Siedziałam tak oniemiała przez kilka minut. Musiałam jakoś się stąd wydostać. Ale on nie mógł się o tym dowiedzieć. Byłam głupia. Jeżeli tylko spróbuję, on na pewno się o tym dowie.
Cały dzień siedziałam w pokoju, myśląc o tym, jak uciec. Reth nie przyszedł i miałam nadzieję, że już tego nie zrobi. Weszłam do dużej łazienki z naręczem ciuchów, które znalazłam w komodzie i chciałam się umyć. Powoli się rozebrałam, bojąc się, że ktoś w każdej chwili może wejść. Kolację już mi przyniesiono, więc jedyną osobą, która mogła to zrobić był on.
Tak szybko jak tylko mogłam wykąpałam się i owinęłam ciasno miękkim ręcznikiem. Umyłam zęby i ubrałam się w czarne dresowe spodnie i koszulkę. Może i nie wyglądałam najlepiej, ale nie taki był mój cel. Wyszłam z łazienki i stanęłam jak wryta. On tam był.
- Powiedziałem, że przyjdę, więc jestem – powiedział spokojnie głębokim głosem, a mnie przeszły ciarki. Oparłam się o drzwi do łazienki i wpatrywałam w niego. Co miałam robić? – Podejdź tu.
Bałam się, że ukaże mnie, jeżeli się nie ruszę. Ale bałam się też tego, co może mi zrobić, jeżeli do niego podejdę. Niepewnie zrobiłam kilka kroków w jego stronę. Może mnie nie zgwałci. Proszę, nich on tylko nic mi nie zrobi.
Stanęłam naprzeciwko niego. Jednym palcem podniósł moją brodę i musiałam spojrzeć mu w oczy. Drugą ręką ściągnął kaptur. Mogłam dokładnie zobaczyć jego idealne rysy twarzy.
- Tak bardzo się mnie boisz, jednak próbujesz uciekać. Mimo, że wiesz, że czeka cię kara. Masz wolę przetrwania. To dobrze, ale… - Obszedł mnie dookoła i stanął za mną – to, co zamierzam z tobą zrobić, spodoba ci się – wyszeptał prosto do mojego ucha. Mimowolnie wzdrygnęłam się.

- Spodoba mi się? Chyba sobie żartujesz?!  Chcesz mnie zgwałcić i myślisz, że mi się to spodoba?! – wykrzyknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. No to teraz mi się dostanie. 



___________________________________________________________________________

Macie 2 rozdział ;) 
Następny napiszę, jak wrócę z Juraty.... przynajmniej mam taką nadzieję. Mam nadzieję, że wam się podoba.
Taki mały haczy.... żebym dodała kolejny rozdział musi być conajmniej 20 komentarzy ;)
Sandra xx

P.S. Jeżeli macie do mnie jakieś pytanie i piszecie je w komentarzu to napiszcie też swój tt :) wtedy wam odpowiem. Może też poświęcić jeden post na pytania od was :)

środa, 14 maja 2014

Rozdział I

                Biegłam tak szybko, jak tylko mogłam. W płucach czułam palenie. Nogi miałam jak z ołowiu. Jeszcze tylko trochę Diano! Uda ci się! Próbowałam się zmotywować. Biegłam już długo. Musiałam ukryć się przed kolejną burzą piaskową. Od pojawienia się strasznych Jeźdźców minęło wiele lat. Od tego czasu zmieniło się wiele rzeczy. Klimat, ludzie. Każdy próbował się uratować jak tylko potrafił. Już nie było wojen. O wszystkim decydowali Jeźdźcy.
                Tysiące ludzi zginęło jako ofiary dla bezlitosnych Panów. Na początku próbowano walczyć z nimi za pomocą broni. Kiedy to nie wystarczyło ktoś zasugerował składanie im ofiar. Niestety te tysiące zginęły na marne. Jeźdźcy brali kogo chcieli i kiedy chcieli. Osoby wybrane przez nich znikały. Nikt nie był bezpieczny. Każdy chciał się schować i w spokoju czekać na śmierć. Chociaż cały czas znajdowali się tacy, którzy chcieli ich zgładzić, nikomu się nie udało.
                Jakieś pięć lat temu jeden z Jeźdźców postanowił zabrać mojego ojca. Nie mogłam nic zrobić. Patrzyłam bezradnie, jak go zabiera do swojej fortecy w Alpach. Przez wiele dni płakałam z bezsilności, że nie mogłam nic zrobić. Do fortec Panów można się było dostać tylko będąc więźniem jednego z nich. Każda z czterech fortec znajdowała się w różnej części świata. Każdą z nich rządził inny Jeździec. Północno – wschodnią rządził Głód – niepochamowana rządza. Wszyscy trzymali się z daleka od jego mrocznej siedziby.
                Od ludzi, którzy przybyli z innych części świata słyszałam, że fortece innych też znajdują się w górach. Zwycięstwa – Himalaje, Wojny – Kordyliery i najstraszniejszego, budzącego grozę samym imieniem, Śmierci – w Andach.
Nie wiem, który zabrał mojego ojca. Nikt nigdy nie widział ich twarzy. Ludzie rozpoznawali Jeźdźców po koniach, na jakich zawsze jeździli. Jednak nie potrafiłam sobie przypomnieć koloru wierzchowca.
Dwa lata po zabraniu ojca moja mama popełniła samobójstwo. Nie zniosła odebrania jej taty. Zawsze zmieniała się podczas jego wyjazdów, ale tego nie przetrwała. Przez cztery wcielenia zła zostałam sierotą. I z całego serca ich za to nienawidziłam. Chciałam ich zabić, ale nie wiedziałam jak.
Prawie dobiegłam do jaskini, w której się ukrywałam. Nie miałam zbyt dużo rzeczy, ale w tych czasach nikt nie posiadał wiele. Weszłam do większej grotu i usiadłam na skalnej półce, która służyła mi za łóżko. Przez chwilę nie mogłam oddychać. Sięgnęłam po wodę i napiłam się. Od razu poczułam się lepiej. Oparłam się plecami o chropowatą skałę i odetchnęłam. Na razie byłam bezpieczna. Na razie.
Wiedziałam, że po każdej burzy piaskowej znikało kilka osób. Miałam nadzieję, że Jeździec nie będzie szukał mnie w jaskini. Może da mi spokój. Życie polegające na uciekaniu nie ma sensu, ale jest lepsze niż śmierć. Przynajmniej dla mnie. Chciałam dokonać zemsty. Tylko dlatego znalazłam się poza jaskinią, kiedy nadciągała burza. Uczyłam się walki mieczem. Wiedziałam, że jeden z Jeźdźców posługuje się tą bronią. Może to on porwał mojego ojca. Jeżeli nie, zginę.
Wstałam powoli i zrzuciłam z ramion ciężkie okrycie. Miałam pod nim tylko cienką tunikę i spodnie. Płaszcz spadł z łoskotem na skalną podłogę. Podniosłam go i położyłam na małym stoliku. Pomasowałam obolałe ramiona i położyłam się. Musiałam odpocząć. 
Zapadłam w niespokojny sen, w którym przyśnił mi się mój ojciec. Uśmiechał się do mnie i opowiadał o jakimś nowym wynalazku. Nie rozumiałam połowy rzeczy, o których mówił. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Znowu miałam osiem lat. Mama ubrała mnie w błękitną sukienkę i zaplotła moje długie blond włosy w dwa warkocze. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Nie widziałam w nim zmęczenia ani stresu. Po prostu szczęśliwą dziewczynkę, która cieszyła się z tego, że może spędzić czas z tatą.
Znowu spojrzałam na ojca, ale już go nie było. W jego miejscu siedziała zamaskowana postać. Mogłam zobaczyć tylko ciemne włosy sięgające aż do ramion.
- Witaj, moje dziecko – odezwał się Jeździec.
Obudziłam się zlana potem. Szczęśliwe wspomnienia zamieniło się w koszmar. Nie mogłam oddychać. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się bałam. Nie dorównywał temu nawet strach, kiedy Jeździec porwał mojego ojca. Ale jeden z nich, w moim śnie, to było za dużo. Siedziałam wystraszona przed długą chwilę, próbując złapać oddech. W jaskini było zdecydowanie zbyt duszno. Wyszłam na zewnątrz, nie myśląc o burzy piaskowej czy niebezpieczeństwie złapania przez Jeźdźca. Nie chciałam o tym myśleć. Musiałam złapać oddech.
Wyszłam na zewnątrz i owiał mnie przyjemny wiatr. Na szczęścia burza już się skończyła. Na niebie świecił czerwony księżyc. Podniosłam głowę i wpatrywałam się w to, co pozostało niezmienne. Wieczorne niebo zawsze wyglądało tak, jak powinno. Rozpuściłam włosy i pozwoliłam, żeby rozwiewał jej wiatr. Wspomnienie strasznego snu już zbledło.
Podeszłam do jednej ze skał i usiadłam na niej. Musiałam pomyśleć. A co, jeżeli nigdy nie uda mi się zemścić za moich rodziców? Co, jeżeli sama stracę życie? Nie chciałam tak po prostu dać się zabić. Właściwie nie było szansy, żebym mogła zabić któregokolwiek z Jeźdźców. Poza tym to nie zwróci życia moim rodzicom. Podczas gdy inne osoby w moim wieku robiły wszystko, żeby tylko żyć na jakimś poziomie, znaleźć miłość, mieć dzieci. Zamiast tego uczyłam się walki wręcz, mieczem. Zmarnowałam tak wiele czasu tylko dla jakiejś zemsty, której nie miałam jak dokonać.
Wróciłam do jaskini i umyłam twarz. Powinnam coś zjeść, inaczej opadnę z sił. Cieszyłam się, że mama nauczyła mnie uprawy roślin. Inaczej musiałabym tak jak wszyscy inni kupować jedzenie od ludzi, którzy za nie żądali wielkich pieniędzy lub usług, o których wolałam nawet nie myśleć.
Zjadłam kilka warzyw, aż poczułam się w miarę najedzona. Wróciłam na posłanie i usiadłam. Żałowałam, że nie mam żadnych książek. Chętnie poczytałabym o czymś szczęśliwym. Gdy byłam mała uwielbiałam książki. Zawsze chciałam, żeby ktoś mi poczytał.
Odetchnęłam głęboko i położyłam głowę na poduszce. Musiałam się odprężyć. Musiałam przestać myśleć o zemście i zacząć budować jakieś życie. Miałam dosyć samotności, chociaż nie lubiłam przebywać w tłumie.
Pomyślałam o osobach, z którymi spędzałam czas, kiedy to wszystko się zaczęło. Kilka z nich nie żyło. Jedni próbowali zgładzić Jeźdźców, drudzy zostali przez nich porwani. Myślałam o tym, że nigdy nie miałam okazji się zakochać. Nigdy z nikim się nie całowałam. Dotknęłam warg, które nigdy nie zaznały żadnej pieszczoty.
Musiałam zmienić swoje życie. Zacząć żyć wśród ludzi, a nie chować się na pustkowiu. Postanowiłam następnego dnia pójść do jednej z wiosek, w których ukrywali się ludzie. Powinnam zrobić to już dawno temu.
W końcu zasnęłam. Tym razem nie przyśnił mi się żaden sen. Byłam szczęśliwa, że nie musiałam znowu znosić widoku zamaskowanej twarzy. Wiedziałam, że przyśnił mi się Jeździec. Byłam pewna, że to ten, który porwał mojego ojca. Przypomniała mi się jego twarz, albo raczej tyle, ile można było zobaczyć pod kapturem przykrywającym cała twarz.
Ospała podniosłam się i oparłam o ścianę. Nie byłam wcale wyspana. Przetarłam oczy dłońmi i przeciągnęłam się. Byłam głodna. Zjadłam coś na szybko i wyszłam z jaskini. Zapowiadał się kolejny słoneczny dzień. Miałam tylko nadzieję, że nie skończy się burzą piaskową. Skierowałam się na północ, w kierunku najbliższej osady. Chciałam dowiedzieć się, ilu tym razem zabrał Głód.
Ten Jeździec był niepochamowanym pragnienie, co znaczy, że zabierał najwięcej osób. Chociaż ludzie bardziej obawiali się Śmierci. Nie chciałabym już nigdy spotkać żadnego z nich. Ani znaleźć się w fortecy.
Szłam pustkowiem, aż zobaczyłam pierwsze znaki życia. Co jakiś czas pojawiali się ludzie. Kilku z nich płakało. Inni mieli torby przewieszone przez ramię. Śpieszyli się, żeby opuścić wioskę. Wiedziałam, że Jeździec zebrał w niej swoje żniwo. Jednak z kobiet, która uciekała zatrzymała się obok mnie.
- Uciekaj dziecko. On tu wróci. Nie ma czasu. Uciekaj, jeśli ci życie miłe! – powiedziała i odeszła. Nie byłam pewna co mam o tym myśleć. Pokręciłam tylko głową i ruszyłam dalej. O co chodziło tej kobiecie? Kto wróci? Chyba nie miała na myśli… nie, to niemożliwe.
Weszła do wioski i zobaczyłam więcej uciekających ludzi. Może naprawdę bali się Jeźdźca. Nad tym terenem panował Głód. Ale czego on chciał od tak małej osady? Zabić ich wszystkich od razu? To chyba niemożliwe. Ale jednak to był Jeździec. Mógł zrobić wszystko.
Podeszłam do jednej z kobiet, która nie uciekała. Na mój widok odwróciła wzrok i próbowała mnie ignorować, ale musiałam z nią porozmawiać i dowiedzieć się, co się działo.
- Przepraszam, ale co tu się dzieje? Dlaczego wszyscy ci ludzie uciekają? – zapytałam tak przyjaźnie, jak tylko umiałam. Miałam nadzieję, że staruszka mi odpowie. Powoli odwróciła głowę w moją stronę i uśmiechnęła się. Może nie była aż taka zła.
- Ci ludzie uciekają, ponieważ Jeździec Apokalipsy tutaj był wczoraj, moje dziecko. Powiedział, że wróci dzisiaj i zabierze tych, którzy jeszcze zostali. Ludzie się wystraszyli i zaczęli uciekać. Ostatniego wieczora zabrał kilkanaście osób. Nie dziwota więc, że ci, którzy zostali, odchodzą.
- Wróci? Nigdy nic takiego nie robił. To znaczy tak myślę, że brał tylko przypadkowe osoby – odpowiedziałam cicho.
- O nie, dziecko. Te osoby nie są przypadkowe. On zabiera tylko wybranych. A nigdy nie wiesz, czy nim jesteś. Chociaż może zabrać też innych – powiedziała spokojnie.
- Ale dlaczego pani nie ucieka? Przecież panią też może zabrać. Może pani pójdzie ze… - nie dała mi dokończyć.
- Dziękuję, ale nie. Dla mnie to już koniec. Przeżyłam swoje życie tak, jak powinno minąć. Jeżeli mnie zabierze, znowu będę z moim ukochanym mężem, którego straciłam lata temu. Dla mnie to nie będzie kara – uśmiechnęła się słabo i odwróciła na chwilę. Nie byłam pewna, czy już skończyła, aż znowu się odezwała. – Ile masz lat, dziecko? Znalazłaś już tego, dla kogo warto żyć?
- Mam dwadzieścia lat. I nie, nie znalazłam. Mam nadzieję, że to niedługo nastąpi – odpowiedziałam rozmarzona.
- Jesteś taka młoda. Nie śpiesz się. Dla tego jednego warto czekać chociażby całe życie, ale warto – powiedziała i tym razem już miałam pewność, że skończyła. Smutno mi było z powodu jej straty. To musiało być dla niej bardzo bolesne.
Rozejrzałam się po wiosce. Było w niej coraz mnie ludzi. Byli też tacy, którzy zostali. Głównie starsi, którzy pewnie nie mieliby siły na wędrówkę po pustkowiu i szukaniu kolejnej wioski. Nie chciałam im przeszkadzać. Niech spędzą ten czas na wspominaniu tego, co przeżyli.
- Podejdź do mnie kochanie – powiedziała jedna z kobiet, która wyszła przed swoją chatę. Zawahałam się przez chwilę, ale podeszłam do niej.  – Co cię sprowadza do tej przeklętej wioski, dziewczyno? Tutaj nie jest bezpieczne. Lepiej uciekaj, tak jak inni. On tu wróci i może zabrać ciebie.
- Niedługo stąd pójdę. Niech się pani o mnie nie martwi – odpowiedziałam jej tak grzecznie, jak tylko mogłam.
- To dobrze, dobrze – mruknęła pod nosem i wróciła do chaty. Dosyć mocno zdziwiło mnie jej zachowanie. Wszyscy mnie ostrzegali przed Jeźdźcem. Ale przecież był ranek. Nie sądziłam, że któryś z nich może pojawić się o tej porze. Było za wcześnie.
W tym samym momencie usłyszałam rżenie konia, a w wiosce zjawił się On. Jeździec we własnej osobie. Wszyscy stanęli jak wryci. Był przerażający. Na sam jego widok robiło się słabo. Próbowałam uciec, ale nie mogłam chociażby ruszyć nogą. Patrzyłam prostu przed siebie, byleby tylko nie na postać na czarnym koniu. Modliłam się, żeby nie wziął mnie. Nie chciałam tego. Nie chciałam umierać.
Ostrożnie podniosłam wzrok. Usłyszałam krzyk przerażenia i znowu go spuściłam. Bałam się, że może na mnie spojrzeć. Myślałam, że mój sen był straszny, ale to było gorsze. Stanie tak blisko tego pomiotu zła. Przed sobą usłyszałam głęboki głos.
- Podnieś wzrok, dziewczyno – to był rozkaz. Ostrożnie spojrzałam na postać przede mną. Miał na sobie długą pelerynę z kapturem, która zasłaniała wszystko, łącznie z jego twarzą. W ręce odzianej w skórzaną rękawicę trzymał uzdę swojego przerażającego konia. – Pójdziesz ze mną. I nie próbuj uciekać. Nie uda ci się to, a ja nie mam nastroju na łowy.
Przełknęłam ślinę. Łowy? Kogo miał łowić? Mnie? Wolałam nie wiedzieć. To była najgłupsza rzecz w moim życiu. Przyjść do tej przeklętej wioski. Dlaczego nie mogłam sobie odpuścić? Jaka ja byłam bezmyślna. A teraz znalazłam się na łasce tego przerażającego potwora.
Złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą. Nie zdążyłam zaprotestować, kiedy wsadził mnie na swojego wierzchowca. Pisnęłam cicho. Nie miałam się czego złapać. Koń nie miał siodła. Zaczęłam się ześlizgiwać, kiedy Jeździec wskoczyła na grzbiet i przytrzymał mnie jedną rękę, odbierając mi oddech. Był niesamowicie silny. Nie chciałam go dotykać, ani tym bardziej odzywać się do niego, ale nie mogłam oddychać.
- Dusisz mnie – wyszeptałam, ale chyba usłyszał bo zwolnił uścisk. Zawrócił konia i wyjechaliśmy z wioski. Patrzyłam na ludzi, którzy patrzyli na mnie z litością, a niektórzy uśmiechali się pod nosem, szczęśliwi, że to nie oni.
Koń jechał bardzo szybko. Opuściliśmy wioskę, a potem pognaliśmy przez pustkowie. Byłam pewna, że jechaliśmy do twierdzy. Musiała być blisko, skoro Jeździec tak szybko wrócił do wioski. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. W jednym momencie pędziliśmy przez ostępy, a w następnej staliśmy na dziedzińcu jakiegoś zamku. Twierdzy Głodu. Przerażona wpatrywałam się w ścianę przede mną, bojąc się ruszyć.
Mimowolnie zastanowiłam się, co ze mną zrobi. Zabije? Nie wiedziałam. Jeżeli chciał mnie zabić, niech to zrobi szybko. Wolałam nie cierpieć. Albo może mnie zagłodzi? W końcu to miał sprowadzać na ludzi.
Jeździec szybko zeskoczył z konia i ściągnął mnie z niego. Zachwiałam się przez chwilę i prawie upadłam. Byłam prawie pewna, że nie pomógłby mi utrzymać równowagi. Z jednego z pomieszczeń wyszedł starszy mężczyzna. Nie wydawał się przestraszony.
- Witaj, panie. Wcześnie wróciłeś. Mam odprowadzić Demona do stajni, czy będziesz go jeszcze używał? – spytał łagodnym głosem. Byłam pod wrażeniem. Rozmawiał z Jeźdźcem i nawet się nie zająkał.
- Tak, Henry. Odprowadź Demona do stajni. Dopiero jutro będzie mi potrzebny – odpowiedział głęboki głos spod kaptura.
- Tak jest, proszę pana. Czy mam też zając się pana zabawką? – spytał znowu staruszek. Zdałam sobie sprawę, że tą zabawką jestem ja. Przerażenie ścisnęło mnie za gardło. Co on chciał ze mną zrobić? Na samą myśl o tym zrobiło mi się niedobrze.
- Nie, Henry. Sam się nią zajmę. Możesz tylko przekazać Camille, że ma przygotować jedzenie dla niej. A potem masz wolne – rozbrzmiał głos mojego oprawcy.
- Tak jest, proszę pana – powiedział Henry i poszedł w kierunku dużych drzwi. Nie wiedziałam, że ktokolwiek pracuje dla któregokolwiek z Jeźdźców, ale to było logiczne. Oni przecież też musieli coś jeść. Zdziwiłam się, że wcześniej o tym nie pomyślałam.
Mój oprawca złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą w stronę jednych z drzwi, które prowadziły do wielkiego holu. Weszliśmy po schodach i w lewą stronę do kolejnych drzwi, za którymi był korytarz z tuzinem innych wejść. Podeszliśmy do ostatnich, a Jeździec je otworzył i wepchnął mnie do środka. Zaraz po tym ciężkie drzwi zamknęły się. Zostałam sama.
Odwróciłam się w kierunku pomieszczenia, które okazało się sypialnią. Z jednej strony stało duże łoże, a naprzeciwko niego kominek, nad którym wisiał obraz jakiegoś mężczyzny. Stały tam też dwie komody, stolik i dwa krzesła przy nim. Boazeria na ścianach była z ciemnego drewna, przez co pokój robił się ciemniejszy. Obok drzwi stała sofa. Podeszłam do niej i usiadłam.
Co on chciał ze mną zrobić? Powiedział, że jestem jego zabawką. Czy to znaczy, że on chciał… NIE! Nie mógł. Nie.
Poderwałam się z sofy i przeszłam na drugi koniec pokoju. On chciał mnie wykorzystać. Tylko dlatego byłam mu potrzebna. Nie zabije mnie od razu. Będzie mnie gwałcił tak długo, aż mu się nie znudzę. Ciarki przeszły mi po plecach. Wolałabym, żeby od razu nie zabił. Lepsze to od poniżenia. Byłam na siebie wściekła. Dlaczego nie uciekłam, kiedy tylko dowiedziałam się o Jeźdźcu? Jestem idiotką. I teraz za to zapłacę.
Stanęłam za kominkiem, mając nadzieję, że jakoś uda mi się ukryć. Bałam się tego, co się stanie. Nie chciałam, żeby chociażby na mnie patrzył. Jak ja mogłam zrobić coś tak bardzo lekkomyślnego. Wzdrygnęłam się, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Bałam się wyjść ze swojej kryjówki.
Ciężkie drzwi powoli otworzyły się, a do pokoju weszła wysoka kobieta. Miała ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, włosy upięte w kok na czubku głowy. Była ubrana w długą, szarą suknię do ziemi. Trudno było stwierdzić, ile ma lat, ale na pewno ponad trzydzieści. W rękach trzymała tacę z jedzeniem. Postawiła ją na stoliku i spojrzała prosto na mnie. Miała fioletowe oczy. Nigdy wcześniej takich nie widziałam.
- Pan kazał ci to przynieść – powiedziała głosem wypranym z emocji.
- Nie jestem głodna – odpowiedziałam cierpko.
- Pan powiedział, że mam tu zostać, dopóki tego nie zjesz – to nie była prośba, tylko rozkaz. Ale nie chciałam go spełniać. Nikt nie dał jej władzy nade mną.
- Nie będę tego jeść. I nie obchodzi mnie, co powiedział twój pan – krzyknęłam. Kobieta spojrzała na mnie zimno i odwróciła się do drzwi.
- Nigdy nie denerwuj pana, dziewczyno. A już w ogóle nie ignoruj jego dobrej woli – odwróciła się na pięcie i wyszła. Znowu zostałam sama. Spróbowałam schować się jeszcze bardziej. Chowanie się pod łóżko nie było dobrym pomysłem. Nie chciałam się w ogóle do niego zbliżać.
Nie wiem, ile czasu tak stałam. Myślałam nad wszystkimi okropnymi rzeczami, jakie Jeździec mógł mi zrobić. Byłam też pewna, że wielu nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić. Wiedziałam, że ludzie potrafili czerpać przyjemność z zadawania bólu. Czy on też taki był? Pewnie tak. Był gorszy od ludzi.
W końcu drzwi się otworzyły. Do pokoju wszedł Jeździec. Wstrzymałam oddech i modliłam się o to, żeby jak najszybciej stąd wyszedł i mnie nie zauważył. Jego kroki słychać było na podłodze. Nie chciałam, żeby zbliżał się do mnie.
- Wyjdź, dziewczyno. Nie chcesz, żebym sam cię stamtąd wyciągnął – cholera.




********************************************************************

Tak więc pierwszy rozdział skończony. Mam nadzieję, że wam się podoba. Nie jest to może coś, pod czym podpisałaby się wielka pisarka, ale jak na razie nie ma tragedii... 
Jeżeli ktoś chce być informowany o nowych rozdziałach, niech napisze
Liczę też na wasze komentarze :)
Sandra xx