Cześć kochani :)
Przepraszam, że nic od dłuższego czasu nie dodaję, ale cały czas jestem zajęta ze względu na szkołe (1 liceum) i do ostatniej niedzieli Mistrzostwa Świata (jeeej :D).
Nie wiem, kiedy napiszę kolejny rozdział, ale już go zaczęłam. Po prostu nie mam weny...
Obiecuję, że jak tylko będę w stanie to napisać, to od razu dodam rozdział na bloga :)
Powodzenia w szkołach, dla niektórych nowych, dla inny nie...
Sandra xx
sobota, 27 września 2014
środa, 16 lipca 2014
Rozdział V
Nagle Reth odskoczył ode mnie jak
rażony gromem. Patrzyliśmy na siebie nie mogąc złapać oddechu. To było wow. Nie
spodziewałam się, że mnie pocałuje, ale kiedy już to zrobił, mogłabym go
całować do końca świata i dłużej. Jego miękkie usta. Na mojej twarzy zaczął
rozkwitać głupi uśmiech.
Reth odwrócił wzrok i zasłonił oczy dłonią.
Reth odwrócił wzrok i zasłonił oczy dłonią.
- To nie powinno się stać –
powiedział, a w następnej sekundzie już go nie było. Otworzyłam szeroko oczy ze
zdziwienia.
- Jak…? – zdołałam jedynie
wyksztusić. Zostawił mnie samą w bibliotece i to zaraz po pocałunku. Nie mogłam
w to uwierzyć.
Co to znaczy, że to się nie
powinno wydarzyć? To, po co on mnie tu, u diabła, trzymał? Nie potrafiłam tego
zrozumieć. Bałam się, że znowu przez kilka dni go nie zobaczę.
Zaczęłam rozglądać się po
regałach. Znalazłam tam książki o religiach, okultyzmie, czarnej magii, ale też
powieści i różne inne. Zastanawiałam się, po co mu takie książki? Może, gdy mu
się nudziło, po prostu czytał?
Jak to idiotycznie brzmiało.
Jeździec Apokalipsy, który się nudzi. Chyba ten pocałunek za bardzo uderzył mi
do głowy. Ale dlaczego on uciekł? Nie rozumiałam tego. Wiedziałam już, że nie mam,
po co szukać żadnej książki, bo i tak nie będę w stanie się na niej skupić. Co
do tego mogłam być pewna.
Usiadłam na kanapie i wpatrywałam
się w przestrzeń. Cieszyłam się, że Reth zabrał mnie do biblioteki, ale usta
cały czas mrowiły mnie od pocałunku. Co ten mężczyzna robił w mojej głowie?
Poza tym cały czas zostawał temat zabójstw. Co miałam zrobić, żeby przestał?
Chyba, że…. Nie. O Boże. Mój Boże. Nie.
Czy byłam w stanie oddać mu się,
żeby nie zginęło więcej ludzi? Nie byłam pewna. Ci ludzie na pewno mieli
rodziny, które miały nadzieję na ich powrót. Mimo, że nikt jeszcze nie wrócił z
fortec Jeźdźców. Nie chciałam, żeby ktoś musiał ginąć tylko przez to, że nie
chciałam oddać się jednemu z nich.
Mimo pocałunku, bałam się mu
oddać. Wiedziałam, że jest brutalny i to mogło się skończyć fatalnie. Poza tym
cały czas byłam dziewicą. Nie wiem, czemu, ale wstydziłam się tego przed nim.
Jednak moja największa obawa była
przed tym, że mogłam zajść w ciążę. I co miałabym zrobić z dzieckiem Retha?
Chciałby go? A może to po to mnie tu sprowadził.
Mój umysł tworzył coraz to nowe
scenariusze. Musiałam się wreszcie dowiedzieć, po co mnie tu sprowadził. Chyba
nie zamierzał trzymać mnie do końca życia? Oczywiście mojego, on pewnie jest
nieśmiertelny. I co ja miałam z tym wszystkim zrobić.
Chciałam wrócić do pokoju, ale
nie wiedziałam, którędy mam iść. Wolałam nie kręcić się po zamku bez Retha.
Bałam się mężczyzn, którzy się tu kręcili. Nie mogłam jednak na zawsze siedzieć
w bibliotece.
Ostrożnie otworzyłam drzwi i
wyszłam na korytarz. Nie słyszałam żadnych kroków. Uznałam, że nikogo nie ma.
Wyszłam z biblioteki i skręciłam w lewo.
Byłam pewna, że to stąd przyszliśmy. Powoli szłam korytarzem, mijając
wiele drzwi. Ciekawe jak bardzo wkurzyłby się Reth, gdybym zajrzała do któregoś
z tych pokoi. Pewnie bardzo.
Nagle usłyszałam za sobą jakieś
kroki. Przyspieszyłam i chciałam się schować do którejś z komnat. Zaczęłam
sprawdzać drzwi. Pierwsze trzy były zamknięte. Cholera!
Spróbowałam szczęścia dalej.
Jest! Drzwi były otwarte. Nie zastanawiając się długo weszłam do komnaty i
zamknęłam za sobą drzwi. Miałam nadzieję, że ktoś, kto za mną szedł, nie
wejdzie tu.
Rozejrzałam się spokojnie po
pomieszczeniu . Wyglądało jak jakiś salon. Kominek, kanapa, kilka foteli,
krzesło pod ścianą. Ściany były obite ciemnym materiałem. Na kominku wisiały
dwie skrzyżowane szable. Zobaczyłam też mały stolik. Podeszłam do wąskiego
okna. Komnata znajdowała się z innej strony zamku niż mój pokój. Miałam z niej
widok na drogę prowadzącą do twierdzy. Odetchnęłam głęboko i spoglądałam na
krajobraz. Nie miałam jak się stąd wydostać. Po obydwu stronach drogi stali
strażnicy.
Usłyszałam poruszanie klamką.
Ktoś musiał próbować tu wejść. Ale kto? Szybko odeszłam od okna i stanęłam po
przeciwnej stronie pomieszczenia. Miałam nadzieję, że ktokolwiek tu idzie, nie
zauważy mnie. Wstrzymałam oddech i nasłuchiwałam.
Drzwi otworzyły się powoli i
wszedł jakiś krępy mężczyzna ubrany w ciemny strój. Miał też na sobie czarny
płaszcz. Jego przydługie, brązowe włosy zasłaniały twarz, przez co nie mogłam
go zobaczyć.
- Wiem, że tu jesteś, dziewczyno.
Nie chowaj się przede mną. Możemy się zabawić. Pan nic nie musi o tym wiedzieć
– powiedział mężczyzna. Miałam nadzieję, że zamknie drzwi i sobie pójdzie.
Niestety nie zrobił tego. Wszedł
do pomieszczenia i spojrzał dokładnie w moją stronę. Przestraszona
wytrzeszczyłam na niego oczy. Miał paskudną bliznę sięgającą od lewej skroni aż
do wargi. Uśmiechnął się obrzydliwie i zaczął powoli do mnie podchodzić.
Odsuwałam się od niego aż
natrafiłam na ścianę. Przełknęłam głośno ślinę i zaczęłam iść w innym kierunku,
byle dalej od obleśnego mężczyzny. Byłam coraz bliżej okna. Może wyskoczenie z
niego byłoby dobrym pomysłem? Zaczęłam poważnie rozważać tą opcję. Nie
chciałam, żeby ten oblech mnie dotykał.
Obróciłam się, żeby sprawdzić
moją odległość od okna, gdy silne ręce zacisnęły się na moich ramionach.
Spojrzałam przerażona prosto w oczy mężczyzny. Nie wiedziałam, czy krzyk
cokolwiek mi da, ale nie miałam innych pomysłów na ratunek. Może Reth mnie
usłyszy?
Zaczęłam wrzeszczeć. Mężczyzna
uderzył mnie z całej siły w twarz. Zachwiałam się i przewróciłam. Z nosa
pociekła mi krew. Szybko poderwałam się na nogi i próbowałam pobiec do drzwi.
Zboczeniec znowu mnie złapał i rzucił mną o kanapę. Poczułam ból w boku. Na
pewno sobie coś stłukłam. Próbowałam wstać, ale mężczyzna przycisnął mnie do ziemi.
Byłam pod nim uwięziona. Jego ręka zaczęłam sunąć w kierunku moich spodni.
- Nie! Proszę, nie! Zostaw mnie!
– zaczęłam krzyczeć z zamkniętymi oczami. Ohydna ręka przycisnęła się do moich
ust. Nie mogłam już nic powiedzieć. W duchu modliłam się, żeby to jak
najszybciej się skończyło.
-Nie krzycz suko. Będzie nam
razem bardzo dobrze. Gwarantuję ci to – powiedział z obrzydliwym uśmieszkiem na
twarzy. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Chciałam go kopnąć w
krocze, ale moja noga była uwięziona pod nim. Nie miałam jak się ruszyć.
Drzwi otworzyły się z hukiem i
uderzyły o ścianę. Z twarzy mężczyzny zszedł zadowolony uśmieszek. W jego
oczach widziałam przerażenie. Już wiedziałam, kto przeszedł.
Reth zerwał ze mnie mężczyznę i
rzucił nim o ścianę. Ten odbił się od niej i upadł na podłogę. Jeździec
delikatnie pomógł mi wstać i stanął przede mną, osłaniając mnie swoim ciałem.
Mężczyzna, który próbował mnie zgwałcić powoli wstał z podłogi.
- Przepraszam, mój Panie. Proszę.
To już się więcej nie powtórzy. Ona sama chciała. Nie każ mnie. Proszę – jąkał
się zboczeniec. Nie odzywałam się. Stałam jak sparaliżowana widząc strach tego
mężczyzny. Sama trochę bałam się Retha. A co, jeżeli uwierzy mu, że sama chciałam?
Nie! To niemożliwe. Dowodem na to
jest krew na mojej twarzy. Przypomniałam sobie też o kłującym bólu w boku. Przycisnęłam
tam rękę i skrzywiłam się. Miałam nadzieję, że nie połamał mi żeber.
- Sama chciała?! – ryknął Reth. –
Mam rozumieć, że obrażenia na jej ciele same się tam znalazły?! Balthazarze,
złamałeś mój rozkaz i poniesiesz karę!
W tym samym momencie Reth cisnął
w Balthazara jakimś promieniem, który wyglądał trochę jak kula światła i
mężczyzna rozpadł się na naszych oczach. Po prostu wyparował.
Stałam tak z szeroko otwartymi
oczami, nie mogąc złapać oddechu. Reth był bezapelacyjnie straszny i mógł mnie
zabić jednym skinieniem.
Wystraszyłam się, kiedy odwrócił
się w moją stronę. Odgarnął mi z twarzy kosmyk włosów, a na skórze poczułam
dreszcze. Spojrzałam w spokojne oczy Jeźdźca i grunt jakby osuwał mi się spod
nóg. Opadłam na niego i wtuliłam się w jego tors. Po chwili już nic nie czułam.
Wiem, że to była sprawka Retha. Po prostu uśpił mnie jednym spojrzeniem.
Obudziłam się w swoim pokoju. W
komnacie panował półmrok. Wyjrzałam przez okno. No tak. Słońce dopiero zaczęło
wstawać. Rozejrzałam się po pokoju. Reth siedział w fotelu przyglądając się
płomieniom w kominku. Przez chwile podziwiałam jego profil. Zauważyłam też, że
jego tors jest nagi.
Głośno wciągnęłam powietrze.
Jeździec usłyszał to i odwrócił głowę w moją stronę. Wyraz jego twarzy był
ponury. Wstał powoli i podszedł do mnie. Bałam się chociażby pisnąć. Spuściłam
wzrok i przyjrzałam się jego mięśniom brzucha. Miał idealnie wyrzeźbiony
kaloryfer, przez co zaparło mi dech w piersi. I ja go nie chciałam?
- Jak się czujesz? – zapytał
miękko. Przypomniało mi się o moim poobijanym boku i przyłożyłam tam rękę. Nic
nie bolało. Zdziwiłam się i podniosłam koszulkę, w którą ktoś, zapewne Reth,
mnie ubrał. Nie było ani śladu
stłuczenia. Zdziwiona zmarszczyłam brwi. Jak to możliwe?
- Jak? – spytałam, patrząc na
Retha zdezorientowana. Nic nie mogłam wyczytać z jego beznamiętnej twarzy. On
pozbył się moich siniaków? Ale jak? Chyba nie był cudotwórcą.
- Nie odpowiedziałaś na moje
pytanie – powiedział trochę bardziej poirytowanym głosem. Co ja takiego
zrobiłam, żeby tak szybko się denerwował? Cały czas chodzi mu o pocałunek? Zastanawiając
się nad tym to kolejny temat, na który musimy porozmawiać.
- Przepraszam – wyjąkałam – czuję
się dobrze. I dziękuję, że mnie uratowałeś.
- Gdybyś nie wychodziła z
biblioteki nie musiałbym cię ratować – powiedział. O to chodziło z tym jego
gniewem? Przecież to on mnie tam zostawił!
- A co miałam zrobić?! Chciałam
wrócić do pokoju, a ty uciekłeś więc nie mogłam cię poprosić o zaprowadzenie do
niego! – nie bałam się Jeźdźca i byłam z tego powodu zadowolona, ale po
pokazie, jaki dał w tamtej komnacie wolałam go zbyt bardzo nie denerwować.
- To akurat moja wina i przepraszam,
ale nie powinnaś się stamtąd ruszać – w jego głosie słychać było groźbę. Żadnej
skruchy za to, że zostawił mnie samą gdzieś w zamku.
- Nie powinieneś mnie tam
zostawiać! – krzyknęłam. – Pocałowałeś mnie, a potem uciekłeś!
Reth usiadł obok mnie na łóżku, a
ja się od niego odsunęłam. Nie chciałam, żeby mnie dotykał. Mimo to chwycił
mnie za ramiona i przyciągnął bliżej siebie, żeby mógł mi spojrzeć w twarz. Znalazł
się tak blisko mnie, że bałam się, że znowu mnie pocałuje.
- Masz całkowitą rację. Nie
powinienem cię całować ani zostawiać samą na pastwę kogoś takiego jak
Balthazar. Jednak stało się i teraz musimy ponieść tego konsekwencje. Jeżeli
wyjdziesz z tej komnaty jesteś zdana tylko na siebie. Nie możesz liczyć na to,
że zawsze się zjawię. Nie jestem twoim ochroniarzem – powiedział z ponurą miną
patrząc prosto w moje oczy.
- Więc może zabierz mnie z
powrotem do domu i rozwiąże się twój problem. Ja się nie pisałam na to, żebyś
mnie tu zabierał. Poza tym chcę się dowiedzieć, po co tu, do cholery, jestem –
wyrzuciłam z siebie jednym tchem. Miałam nadzieję, że odpowie mi chociaż na to,
po co tu jestem.
- Nie możesz opuszczać murów tego
zamku, więc nie licz na to, że zabiorę cię z powrotem tam, skąd cię porwałem. A
co do twojego pytania. Poznasz na nie odpowiedz w swoim czasie – powiedział
beznamiętnie. Jak to nie mogę opuszczać murów tego zamku?! O co mu znowu
chodzi?!
- Dlaczego po prostu mi nie
powiesz?! – domagałam się. Musiałam to wiedzieć. Na pewno nie po to, żeby „był”
ze mną. To nie wchodziło w grę. W każdym razie po jego reakcji na pocałunek. –
Chociaż powiedz mi dlaczego nie mogę opuszczać murów zamku? Co takiego może mi
się stać? Od lat radzę sobie sama i jak dotąd żyję.
- Przez pocałunek – powiedział
prawie niesłyszalnie.
- Jak to przez pocałunek? O co
chodzi? – musiałam mieć bardzo zdezorientowaną minę. Co ma do tego wszystkiego
pocałunek. Chyba zwariuję z tym mężczyzną.
- Pocałunek zostawił na tobie
piętno. Każdy, kto chce mnie zniszczyć, może je zobaczyć. Nie mówię oczywiście
o tobie podobnych. Jeżeli stąd odejdziesz, będziesz jak neon. Wszyscy będą
wiedzieć, że należysz do mnie.
- Jak to należę do ciebie?! Do
nikogo nie należę! Chcę, żebyś mnie stąd wypuścił i zostawił w spokoju! –
krzyknęłam i zaczęłam uderzać w jego twardy tors pięściami. Nie panowałam nad
sobą. Musiałam się jakoś wyżyć.
Uderzałam w jego tors tak długo,
aż Reth nie złapał mnie za nadgarstki i nie przycisnął ciężarem swojego ciała
do łóżka. Nie mogłam złapać oddechu. Jego naga skóra rozpalała mnie. Czułam
dreszcze na całym ciele i nie mogłam z tym nic zrobić.
- Puść mnie – wyszeptałam bez
przekonania. Tak naprawdę pragnęłam, żeby został ze mną na dłużej, ale nie
mogłam mu się do tego przyznać.
- Dziewczyno, nigdy więcej nie
podnoś na mnie ręki. Pamiętaj, co stało się z Balthazarem. Chyba nie chcesz,
żebym również ciebie unicestwił? – w jego głosie ewidentnie słychać było
groźbę. Wzdrygnęłam się na te słowa.
- Nie boję się ciebie – powiedziałam,
zadziwiając samą siebie. Mimo tego, co stało się tamtemu mężczyźnie wcale nie
zaczęłam bać się Retha. Byłam prawie pewna, że nie zrobiłby mi krzywdy.
Jego oczy zamigotały delikatnie.
Zmienił się też wyraz twarzy. Z groźnej na bardziej zdeterminowaną. Nie
powinnam mówić mu tego wszystkiego, ale nie mogłam się powstrzymać. Jeżeli nie
chce mnie stąd wypuścić, równie dobrze może zabić.
- Diano, nie przeciągaj struny. Może
cię nie zabiję, ale uwierz mi, że są rzeczy gorsze od śmierci. Nie chciałbym ci
grozić, ale w inny sposób nic do ciebie nie dociera – powiedział już spokojnie.
– Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnę. Nie wiesz, jak chcę znaleźć
się w tobie. Ale mimo to nie robię nic, co mogłoby do tego doprowadzić. Nie
zmuszaj mnie, żebym pokazywał ci, gdzie twoje miejsce.
Zaparło mi dech w piersiach. On
mnie pragnie? Nie chciałam tego. Bałam się, że zrobi mi krzywdę. Jednak z
drugiej strony nie mogłam zaprzeczać, że coś mnie do niego ciągnie. Dlatego
odważyłam się mu to wszystko powiedzieć. Chciałam go zdenerwować, żeby mnie
wziął. O czym ja w ogóle myślę. Nie jestem taka.
- Nie zabijaj więcej ludzi –
wyszeptałam.
- Wiesz, że muszę. Jeżeli tego
nie zrobię, odbije się to na tobie. Chyba tego nie chcesz. Już co o tym
mówiłem. Poza tym muszę zabijać jedną osobę podczas każdej pełni. To nie
podlega dyskusji – odpowiedział bezbarwnie.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek ginął
przeze mnie. Musi być jakiś inny sposób. I żebyś przestał zabijać w ogóle – nie
byłam pewna tego, co mówię, ale musiałam spróbować. Nic innego mi nie zostało.
- Nie chcesz? Więc zgadzasz się dobrowolnie
przyjść do mojego łóżka? – zaśmiał się ponuro. – Nie, Diano. Nie wiesz, co to
dla ciebie znaczy. Nie będziemy o tym rozmawiać. A teraz śpij.
- Nie chcę spać – powiedziałam
naburmuszona. Chcę się dowiedzieć, czy jest jakiś sposób – zaoponowałam.
Naprawdę nie chciało mi się spać. Poza tym dotyk jego ciała działał na mnie
pobudzająco. W jego oczach zobaczyłam gniew.
- Nie ma sposobu. Już nigdy nie
będziesz o to pytać. Śpij, dziewczyno – zamknął mi powieki dłońmi i zasnęłam.
*************************************************************************
Było 20 komentarzy, więc proszę, nowy rozdział ;) Mam nadzieję, że wam się podoba. Pod tym też dacie radę 20 koemtarzy? a może mnie zaskoczycie? ;)
Dzięki za miłe opinie i miło czyta się, że mam więcej fanów niż 1 ;) całkiem fajne uczucie :)
Przeczytałam kilka wersji, jak mogłoby się to opowiadanie zakończyć. Ciekawe komu uda się trafić ;) A może was zaskoczę i będzie inaczej? ;D
Pozdrawiam S. xx
niedziela, 29 czerwca 2014
Rozdział IV
Jeździec nie zjawił się w moim
pokoju przez dwa dni. Chociaż nie chciałam tego przyznawać otwarcie to
tęskniłam za jego widokiem. Całe dnie spędzałam w swoim pokoju. Choć nie było
to prawdziwe więzienie to przygnębiało mnie. Reth już więcej mi się nie
przyśnił. Starałam się myśleć o nim jak najmniej. Było to jednak trudne, gdy
chciałam poczuć na ustach dotyk jego warg. Jego ręce….
Z jednej strony cieszyłam się, że
nie przychodził. Miałam więcej czasu na przemyślenie ucieczki. Jakimś sposobem
musiałam poznać rozkład twierdzy, w której mnie trzymano. Służba nie mogła ze
mną rozmawiać, więc od nich niczego bym się nie dowiedziała. Dzień wcześniej
próbowałam rozmowy z kobietą, która przyniosła mi obiad. Nie odezwała się do
mnie ani słowem. Jedyne, co od niej dostałam to smutne spojrzenie.
Inna kobieta codziennie
przynosiła mi nowe ubranie. Niestety robiła to tak wcześniej, że zawsze spałam.
Mogłabym coś spróbować wyciągnąć od Retha, ale on nie zjawiał się w moim
pokoju. Poza tym wątpiłam, żeby cokolwiek mi powiedział. Od razu wiedziałby,
dlaczego pytam go o jego dom. Jeżeli to zamczysko można nazwać domem.
Minęły kolejne dni, a ja cały czas
byłam w tym samym położeniu. Nie wiedziałam nic o twierdzy. Nie przychodził też
Jeździec. Coraz łatwiej było o nim nie myśleć. Jednego dnia znalazłam na
stoliku przy łóżku książkę. Od tamtego czasu pojawiały się tam regularnie. Całe
dnie spędzałam na czytaniu powieści.
Leżałam już od dłuższego czasu i
wpatrywałam się w te same zdania. Nie mogłam uwierzyć w to, co było napisane.
Jak ktoś mógłby być tak bezduszny? Rzuciłam książką przez pokój, aż wylądowała
pod drzwiami od balkonu. Nie wychodziłam tam od ostatniego razu. Wolałam nie
denerwować Retha, poza tym obawiałam się mężczyzn, którzy mu towarzyszyli.
Podeszłam powoli do podwójnych
drzwi i otworzyłam je. Na zewnątrz było dosyć chłodno. Objęłam się rękami i
podeszła do krańca balkonu. To, co zobaczyłam na dole zmroziło mi krew w
żyłach. Zakryłam usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Jak on mógł…?
Reth stał nad jakimś mężczyzną z
mieczem w dłoni. W następnej sekundzie głowa mężczyzny była metr od ciała.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Bałam się, że zemdleję. Nie chciałam już
patrzeć na to, co działo się na dziedzińcu. Dałam radę cofnąć się o krok, kiedy
zalała mnie ciemność. Już nic nie widziałam. I była z tego powodu szczęśliwa.
Jak przez mgłę pamiętałam
obejmujące mnie ręce. Poczułam pod głową coś miękkiego i znowu odpłynęłam.
Gdy się obudziłam, kręciło mi się
w głowie. Powoli otworzyłam oczy. W pokoju panował półmrok. Palił się ogień w
kominku. Oprócz tego nic nie dawało światła. Spróbowałam się unieść, ale
jeszcze bardziej zakręciło mi się w głowie. Opadłam na poduszkę i jęknęłam. Co
się stało?
Nagle to do mnie dotarło. Reth
zabił człowieka. Mieczem. Na moich oczach. Wiedziałam, że zabija, ale mówił, że
musi to robić tylko podczas pełni księżyca. Dzisiaj nie było pełni. To było
przerażające. Nie chciałam go już nigdy więcej widzieć. Musiałam stamtąd uciec
i to jak najszybciej. Jak najdalej od tego człowieka. Głęboki głos wyrwał mnie
z zamyślenia.
- Jak się czujesz? – spytał Reth.
Nie byłam w stanie na niego spojrzeć. Schowałam twarz w dłoniach. Dlaczego
musiał tu być? Nie przychodził przez tak długo, a teraz postanowił dowiedzieć
się, jak się czuję.
- Dobrze – powiedziałam. Chciałam
po prostu pozbyć się go z tego pokoju. Żałowałam, że w ogóle poszłam do tamtej
wioski. Żałowałam, że tu byłam, że nie dałam się zabić.
- Nie wierzę ci. Co się stało? –
powiedział bezbarwnym głosem. Wiedziałam, że go to nie obchodziło. Więc po co
pytał?
- Nic – odpowiedziałam chłodno.
Miałam nadzieję, że już sobie pójdzie.
- Diano, co się stało? Powiedz mi
– naciskał. Nie zamierzałam mu odpowiedzieć. Spojrzałam na swoje dłonie złożone
na kolanach. Co miałam powiedzieć? Że śmiertelnie mnie przestraszył zabijając
człowieka? Że brzydziłam się nim?
Reth dotknął delikatnie moje
dłoni. Nie myśląc o tym co robię, odskoczyłam od niego. Bałam się na niego
spojrzeć. Położyłam głowę na kolanach i nie chciałam spojrzeć na Jeźdźca. Nie
mógł mnie po prostu zostawić?
- Co się stało? – powiedział
groźnie. Ciarki przebiegły mi po plecach. Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki
i zamknęłam się w niej. Miałam nadzieję, że zrozumie aluzję i sobie pójdzie.
Usiadłam pod ścianą i wpatrywałam się w drzwi. Nie wyjdę, dopóki Reth nie
pójdzie.
Zdawałam sobie sprawę, że
zachowuję się jak idiotka. Mimo to nie wróciłam do Retha i nie porozmawiałam z
nim. Bałam się go. Siedziałam cicho, aż usłyszałam pukanie do drzwi.
Wstrzymałam oddech i nasłuchiwałam, czy sobie pójdzie.
- Wyjdź i porozmawiaj ze mną.
Inaczej wyważę te drzwi i zmuszę cię do rozmowy – powiedział. Jego głęboki głos
tłumiły drzwi, jednak cały czas można było usłyszeć w nim groźbę. Wiedziałam,
że nie żartuje, ale nic sobie z tego nie robiłam. Położyłam głowę na kolanach i
czekałam.
Po chwili usłyszałam łomot, a
potem drzwi wyleciały z futryny. Wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi
oczami. Ile ten mężczyzna musiał mieć siły.
- Teraz sobie porozmawiamy –
podszedł do mnie, podniósł i przerzucił sobie przez ramię, tak że zwisałam
głową w dół. Myślałam, że żuci mnie na łóżko, ale on wyszedł z pokoju.
Przełknęłam głośno ślinę. Chyba nie zabierał mnie do żadnego lochu?
- Gdzie mnie zabierasz? –
wyksztusiłam. Zaczynało mi się już kręcić w głowie. Chciałam, żeby mnie
wreszcie postawił na ziemi.
Reth nie odpowiedział tylko
zaniósł mnie do innego skrzydła zamku i otworzył masywne drzwi. Nie widziałam,
co się za nimi znajduje. Na szczęście nie było to żaden loch.
Wreszcie postawił mnie na ziemię,
lekko przytrzymując żebym się nie przewrócił, po czym pchnął na kanapę przed
gigantycznym kominkiem. Rozejrzałam się zdezorientowana i dostrzegłam regały z
książkami. To musiała być biblioteka. Tomy oprawione w skórę stały równo na
półkach. Byłam pewna, że nie było na nich ani grama kurzu.
Bałam się odezwać. Spojrzałam na
Retha, który stał wpatrzony we mnie. Jego przystojna twarz wyrażała
dezaprobatę. Próbowałam odwrócić od niego wzrok, ale nie mogłam. Zauważyłam
tylko, że nie miał na sobie ciężkiego płaszcza, który zazwyczaj nosił.
- Powiesz mi wreszcie co się
stało? – spytał ostro. Zastraszaniem nie wydobędzie tego ode mnie. Powinien już
to odgadnąć. Patrzyłam tylko tępo na jego twarz.
Nagle wstrzymałam oddech.
Poczułam ucisk, ale nie potrafiłam powiedzieć, co to było. Jakby ktoś chciał mi
się dostać do mózgu. To niemożliwe, żeby on… Nie, nie zrobiłby mi tego.
Próbowałam go wypchnąć z głowy i chyba mi się udało. Uśmiechnęłam się pod
nosem, zadowolona z siebie. Tak łatwo nie dostanie się do mojej głowy.
- Widziałaś mnie – powiedział
spokojnie. Moje zadowolenie prysło, jak bańka mydlana. Wiedział. – To dlatego
zemdlałaś. Dlaczego nie chciałaś mi powiedzieć?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Bałam się? To była prawda, ale nie do końca. Wmawiałam sobie, że to zdarzenie tylko mi się przywidziało.
Przecież śnił mi się raz i to mogło się powtórzyć. Teraz wiedziałam na pewno,
że była to prawda. Jeździec na moich oczach zabił człowieka. Pozbawił go głowy.
Zdawałam sobie sprawę, że zabija, ale nie chciałam, żeby robił to na moich
oczach.
- Tak – powiedziałam cicho. Mógł mnie
nawet nie usłyszeć. Spojrzałam na niego nieśmiało i zobaczyłam mały uśmiech na
jego przystojnej twarzy. Z czego on się do diabła śmiał?!
- Dziewczyno, zabijam od dawna.
To nie powinno cię zdziwić. Chyba, że się mnie boisz? – spytał z rozbawieniem.
- Co cię tak bawi?! To, że
zabiłeś tego człowieka?! Zapewniam cię, że to nie było śmieszne! Co on ci do
diabła zrobił?! Musiałeś go od razu zabijać?! – nie interesowało mnie, czy się
zdenerwuje. Żadna śmierć nie powinna go bawić.
- Nie krzycz na mnie. Musiałem to
zrobić czy ci się to podoba, czy nie – powiedział zimnym głosem. Ale dlaczego?
Nie chciał mi tego powiedzieć?
-Bo co? Mnie też zabijesz?
Powiedziałeś, że zabijasz tylko podczas pełni księżyca. Kłamałeś? – spytałam.
Musiałam się tego dowiedzieć.
- Nie kłamałem. To była wyjątkowa
sytuacja. Naprawdę musiałem to zrobić. Zaufaj mi – widziałam powagę w jego
oczach. Chciał, żebym mu zaufała, ale jak skoro zabija niewinnych ludzi?
- Jak mam ci zaufać, skoro
zabijasz kogoś i nawet nie chcesz mi powiedzieć, dlaczego? Nie mam pewności, że
ja nie będę następna. Jaka wyjątkowa sytuacja? Wytłumacz mi to! – musiałam
wszystko z niego wydusić. Skoro chciał rozmawiać będzie miał rozmowę.
- Nie będziesz następna.
Przyrzekam. Proszę, nie pytaj o to. Nie odpowiem ci.
- Dlaczego?! Czy on ci coś
zrobił?! – poczułam łzy napływające do oczu. Przełknęłam szloch i spojrzałam na
niego.
- Nie płacz. Nie mogę ci
powiedzieć – powiedział spokojnie. Nie rozumiałam tego. Czy cokolwiek
wywoływało w nim jakieś emocje? Jeżeli nie śmierć, to co?
- Dlaczego nie możesz? – spytałam
po raz ostatni. Chciałam go zrozumieć, ale nie miałam na to szans jeżeli nic mi nie powie.
- Diano, nie zrozumiałabyś. Za
bardzo by to tobą wstrząsnęło. Musiałem zabić kogoś, niestety padło na tego
mężczyznę. Ale nie martw się. I tak niedługo by umarł. Był śmiertelnie chory –
chciał mnie pocieszyć. Widziałam to, ale jednak nie potrafiłam się uspokoić. To
było zbyt wiele.
- Reth próbuję cię zrozumieć.
Naprawdę możesz mi wierzyć. Ale nie jestem w stanie ci zaufać. Dlaczego
musiałeś kogoś zabić? Pozwól mi zrozumieć, proszę – powiedziałam łamiącym się
głosem.
- Diano, zrobiłem to dla ciebie –
powiedział szeptem. W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam. Dla
mnie? Ale w czym miało mi to pomóc? Nie chciałam, żeby zabijał kogokolwiek
przeze mnie. Nie znałam tego mężczyzny, więc na pewno nie chodziło o zemstę.
Nie mogłam się z tym pogodzić, że
przeze mnie zginął człowiek. Chociaż tego nie chciałam, zaczęłam płakać. Nie
mogłam się powstrzymać. Nikt nie powinien umierać z mojego powodu.
Poczułam, że Reth do mnie
podszedł. Nie chciałam go, ale nie byłam w stanie powiedzieć choćby słowa.
Mężczyzna przytulił mnie do siebie i szeptał, żebym się uspokoiła. Położyłam mu
głowę na ramieniu i płakałam, aż wyschły wszystkie łzy. Nie chciałam się od
niego odsuwać. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa, kiedy obejmował mnie swoimi
silnymi ramionami.
W końcu odetchnęłam głęboko i
spojrzałam Rethowi w twarz. Widziałam w jego oczach smutek. Musiałam odwrócić
twarz. Nie chciałam oglądać go smutnego. Wolałam już maskę, którą nosił przez
cały czas. Miałam rację, że nie jest aż tak bardzo obojętny.
- Nie płacz więcej. Powiem ci,
dlaczego ten mężczyzna zginął, ale obawiam się, że mi tego nigdy nie wybaczysz
– spojrzałam na niego nieprzytomnie. Dlaczego zależało mu na tym, żebym mu
wybaczyłam? Nie rozumiałam tego mężczyzny.
- Nawet nie wiem co miałabym ci
wybaczyć – powiedziałam po prostu. Wiele rzeczy byłabym w stanie wybaczyć
Rethowi. Ale nie chciałam mu jeszcze o tym mówić.
- Wiesz co uosabiam? – spytał
nagle. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Musiał to wyczytać z mojej miny, bo
kontynuował – Uosabiam Głód. Pragnienie. Coś, czego nie jesteś w stanie
przezwyciężyć. Coś, co musisz zaspokajać.
- Nie rozumiem do czego zmierzasz
– powiedziałam. Pamiętałam pojawienie się na ziemi jego i trzech pozostałych.
Śmierć, Wojna, Zwycięstwo, Głód. Jednak cały czas nie rozumiałam o co mu
chodziło. Uosabiał Głód, ale co to miało wspólnego ze mną?
- Chodzi o to, że jeżeli czegoś
pragnę, muszę to mieć w innym wypadku może stać się coś strasznego. Mogę nad
sobą nie zapanować, a to będzie miało wpływ na wiele osób, może nawet na
wszystkich na tym kontynencie. Dlatego musiałem zabić tego mężczyznę. Przez
przelaną krew ta potrzeba trochę słabnie, ale w końcu będę musiał coś z nią
zrobić. W innym wypadku mogą zginąć miliony. Nie zabijam tak często jak
uosobienie Śmierci, jednak muszę to robić. Jeżeli miałbym jakiś wybór nic nie
stałoby się temu człowiekowi.
- Więc nie zabijasz? I nie
zabijesz nikogo więcej? – spytałam go głosem pełnym nadziei. Chciałam, żeby
odpowiedź była twierdząca. Niewinni ludzie nie mogli ginąć, mimo że wielu z
nich na to zasłużyło.
- Nie zabijam więcej niż muszę.
Nie mogę obiecać ci, że więcej tego nie zrobię, Diano. Ta potrzeba jest zbyt
silna. Wkrótce, może nawet jutro będę musiał zabić ponownie. Nie chcę, żebyś to
widziała. Nie wychodź więcej na ten balkon. Jeżeli chcesz możesz przychodzić
tutaj. W zamku nikt nie będzie cię niepokoił.
- Reth, cały czas nie rozumiem
jaka potrzeba jest tak silna i co to ma wspólnego ze mną – powiedziałam, kiedy
tylko udało mi się przebrnąć przez informacje, których mi udzielił. – Nie
rozumiem też, co ja tutaj cały czas robię. Przywiozłeś mnie do tego zamku i trzymasz
jak księżniczkę, która czeka na księcia zamknięta w wieży. Nie rozumiem.
- To ma bardzo wiele wspólnego z
tobą. To wszystko jest związane z tobą. Cały czas nie rozumiesz? Nie wiesz,
czego mogę chcieć tak bardzo? Zabiłem tego człowieka, żebym nie zrobił czegoś
wbrew twojej woli.
Zachłysnęłam się powietrzem.
Wbrew mojej woli? Co on mógłby…? O nie. Tylko przez to, że odrzucałam Retha
zginął człowiek. O to chodziło. Pragnienie. On chciał mnie, ale mimo to
postanowił uszanować moją decyzję nawet dopuszczając się czegoś tak okrutnego.
Rzeczywiście zrobił to dla mnie, ale za jaką cenę.
- Wreszcie zrozumiałaś. Nie
chciałem się na ciebie rzucić, czy zrobić czegokolwiek, czego byś nie chciała. Ale
to pragnienie było tak silne, że nie mogłem przestać o tobie myśleć. Ostatnie
dni spędziłem poza zamkiem, żeby być dalej od ciebie. Myślałem, że mi
przejdzie, ale nic z tego. Wróciłem, ale gdybym od razu przyszedł do ciebie
wylądowałabyś związana w łóżku. Musiałbym cię posiąść. W zamian za twoją
czystość zginął tamten człowiek.
- Nie powinieneś tego robić. Nie
jestem warta tego, żeby ktoś za mnie ginął. Nie masz pojęcia jak okropnie czuję
się z tą wiedzą. Kiedy tylko następnym razem będziesz mnie pragnął to po prostu
przyjdź, nawet jeżeli rzucisz się na mnie jak wygłodniała bestia. Nie chcę,
żeby przeze mnie ginęli ludzie – powiedziałam jednym tchem.
Razem z tymi słowami uświadomiłam
sobie, że chcę czy nie on i tak będzie mnie miał. Niezależnie czy tego chcę czy
nie. Musiałam się z tym pogodzić.
Reth delikatnie dotknął dłonią
mojej twarzy. Przysunął się bliżej mnie.
- Jesteś tego pewna? – spytał
wprost do mojego ucha? Jego ciepły oddech owiał mi skórę. Skinęłam głową.
Nie namyślając się dłużej Reth
przycisnął usta do moich warg. Jęknęłam cicho. Całował mnie namiętnie. Językiem
otworzył mi usta, a jego język znalazł się w środku. Oparłam się o kanapę, a on
prawie leżał na mnie.
Po kilku minutach, może sekundach
oderwał się ode mnie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Nie rozumiesz. Diano, pragnę
cię przez cały czas od kiedy tylko cię zobaczyłem.
__________________________________________________________________
Cześć wam :) Miłych wakacji! Do której klasy idziecie potem? Ja niestety zaczynam 3 szkołę w karierze.... oby było warto :)
Jak wam się podoba kolejny rozdział? Dlacie radę znowu 20 komentarzy? ;)
Od pewnej osoby dowiedziałam się, że jest moją fanką i... wow dziwne uczucie ;) Fajnie mieć chociaż 1 fana.
Pozdrawiam xx
piątek, 13 czerwca 2014
Rozdział III
-
Jeżeli tak powiem to owszem, spodoba ci się – powiedział. Wydawało mi się, że
Jeździec będzie wściekły, ale wydawał się bardziej rozbawiony. Ciekawe na ile
mogę z nim zadrzeć. Musiałam uważać, żeby nie zrobił mi krzywdy, ale na pewno
nie zamierzałam teraz dać się zgwałcić.
- Nie
spodoba mi się. Nie masz nade mną takiej władzy. Nie pozwolę ci na to –
odpowiedziałam próbując zapanować nad głosem. Reth patrzył na mnie przez
chwilę, jakby nie oczekiwał sprzeciwu.
-
Dziewczyno, żyję od bardzo wielu lat i wiem, co zrobić, kiedy chce się kogoś do
czegoś zmusić – powiedział zimnym tonem. Może nie powinnam była się odzywać?
Teraz się nie wycofam. Muszę znaleźć coś, dzięki czemu będę mogła uciec. A
jeżeli jego gniew jest tym czymś to zaryzykuję.
-
Możesz żyć długo, ale na pewno nie wiesz wszystkiego. Nie można zmusić kogoś do
czegoś wbrew jego woli i oczekiwać, że mu się to spodoba. To jest niemożliwe –
już nie zwracałam uwagi, czy się zdenerwuje. Nie chciałam, żeby zmuszał mnie do
czegokolwiek. Nawet, jeżeli wyglądał niesamowicie. Dałam sobie w myślach w
twarz. O czym ja w ogóle myślałam.
– Na razie jedyną rzeczą, do
jakiej cię zmuszam jest twój pobyt tutaj. Nic nie jesz, ale to twój wybór.
Chociaż radziłbym ci zacząć, bo osłabniesz – po tych słowach pochylił głowę i
pocałował mnie powoli, nieśpiesznie, namiętnie. Próbowałam mu się opierać, ale
nie miałam siły. Zamiast tego zrobiłam chyba najlepsze, co mogłam zrobić.
Zemdlałam.
Obudziłam
się po jakimś czasie i strasznie bolała mnie głowa. Chciało mi się też pić. W
pokoju panowała ciemność. Nie widziałam nawet zarysów przedmiotów. Co się
stało? A tak, Reth mnie pocałował, a ja zemdlałam. Byłam z siebie dumna.
Oparłam mu się. Poruszyłam się niespokojnie. Leżałam na łóżku przykryta kołdrą.
Pewnie on mnie do niego zaniósł. Tak bardzo chciało mi się pić. Spróbowałam się
podnieść.
- Nie ruszaj się. Woda stoi na
stoliku – powiedział głęboki głos w ciemnościach. Więc on tu cały czas był. O
nie. Pewnie czekał, żebym się obudziła, żeby dokończyć dzieła. Wzdrygnęłam się na
tę myśl.
- Co tu robisz? Czekasz, żeby
mnie zgwałcić? Nie chciałeś tego zrobić, kiedy byłam nieprzytomna? –
powiedziałam słabym głosem.
- Nie. Chciałem sprawdzić, czy
nic ci nie jest. Twoja reakcja na mój pocałunek zaskoczyła mnie – roześmiał
się. Opadła mi szczęka.
- Nie rozumiem, co jest w tym
śmiesznego – powiedziałam tak bardzo wrednym głosem, jakim tylko mogłam. Nie
rozumiałam, dlaczego on u diabła się śmiał. Pewnie wziął mnie za jakąś idiotkę,
która mdleje w ramionach facetów. Na pewno zdawał sobie sprawę, jaki jest
przystojny i myślał, że dlatego zemdlałam. Byłam na siebie wściekła.
Podniosłam szklankę z wodą do ust
i wypiłam ją duszkiem. Od razu poczułam się lepiej. Reth podszedł do mnie i
usiadł na krawędzi łóżka. Odruchowo odsunęłam się od niego. Nie chciałam, żeby
znowu mnie pocałował. A może chciałam?
- Ty jesteś śmieszna. Twoja
reakcja. Kiedy pocałuję cię następnym razem zadbam żebyś nie zemdlała –
powiedział z rozbawieniem.
- Nie pocałujesz mnie. Masz mnie
nie dotykać - krzyknęłam i zrobiłam coś, czego na pewno pożałuję. Uderzyłam go
w twarz. Zanim zdążyłam pomyśleć o tym, co zrobiłam Reth leżał na mnie.
Przygniatał mnie swoim ciałem do łóżka. Jeszcze nigdy się tak nie bałam.
Przesadziłam. I to bardzo.
- Dziewczyno moja cierpliwość
bardzo szybko się kończy. A ty aż się prosisz, żebym cię ukarał. Uwierz mi, nie
chcesz tego. Możesz do końca życia być moją niewolnicą i robić wszystko, co
tylko ci rozkażę – powiedział prosto do mojego ucha. Wydawał się wściekły, ale
jednocześnie cieszył się moim strachem.
- Już jestem twoją niewolnicą.
Czego ty w ogóle ode mnie chcesz?! Zabij mnie, tak jak to robisz z innymi, albo
puść wolno – wysapałam.
- Jesteś moim gościem. Jeżeli
byłabyś moją niewolnicą, w tej chwili krzyczałabyś z rozkoszy, albo z bólu.
Zamurowało mnie. Odwróciłam od
niego twarz i rozpłakałam się. Nie byłam w stanie wytrzymać tego, co Jeździec
do mnie mówił. Chciał mnie zgwałcić? Więzić? Ale w tym samym czasie byłam jego
gościem? Po co w ogóle tutaj byłam?
Reth podniósł się i przytulił
mnie do swojej szerokiej piersi. Nie spodziewałam się tego. Chwilę temu był na
mnie wściekły, a teraz siedzi ze mną, dając mi się wypłakać.
- Czego ty tak naprawdę ode mnie
chcesz? – wychlipałam w pierś Retha.
- Dowiesz się w swoim czasie –
odpowiedział cicho. – Mogę ci tylko powiedzieć, że moim celem na pewno nie jest
krzywdzenie ciebie.
Nie chciał mnie skrzywdzić?
Przecież mi groził. Nie rozumiałam tego. I dlaczego nie mógł mi teraz
powiedzieć? Był Jeźdźcem. Mógł zrobić wszystko. A może jednak nie? Może ktoś
rządził nim?
Odsunęłam się od piersi Retha i
spojrzałam mu w oczy. Nie odwrócił wzroku. Widziałam w nim wahanie.
- Dlaczego to robisz? – spytałam
tak cicho, że bałam się, że mnie nie usłyszał.
- Ponieważ muszę. Zrób coś dla
mnie Diano i nie sprawiaj problemów. Przyjdę do ciebie jutro. I naprawdę nie
musisz się mnie bać, jeżeli tylko nie będziesz uciekać – mówiąc to wstał i
wyszedł z pokoju.
Siedziałam oniemiałam na łóżku
przez długi czas. Zastanawiałam się nad słowami Jeźdźca. O co mu chodziło? Po o
mu jestem potrzebna? Nie chce mnie zgwałcić, więc co? Złożyć w ofierze? Chyba
nie.
W końcu zasnęłam. Przyśnił mi się
Reth. Siedzieliśmy przed kominkiem w moim pokoju i całowaliśmy się. Czułam jego
wargi na swoich i czułam się świetnie. Bardzo mnie to zdziwiło. Może
podświadomie chciałam tego. Chciałam Retha.
Obudziłam się, kiedy ręce Jeźdźca
powędrowały pod moją koszulkę. Serce waliło mi jak oszalałe. Dotknęłam ust.
Byłam pewna, że to wszystko tylko mi się przyśniło, ale prawie czułam mrowienie
. Wcale nie wydawało mi się ono nieprzyjemne.
Chociaż Jeździec nie chciał,
żebym uciekała to jednak nic mu nie obiecałam. Musiałam się stąd wydostać.
Chociażby po to, żeby zemścić się za śmierć ojca. Nie miałam pewności, że nie
zrobił tego Reth. Jeżeli to on to musiałam się tego dowiedzieć. Wątpiłam w
swoje możliwości w starciu z nim. Wątpił też pan Ling. Od samego początku nie
chciał uczyć mnie walki mieczem.
Poszłam do niego, kiedy
skończyłam piętnaście lat. Spędziłam całe godziny na doskonaleniu umiejętności.
Zostałam zraniona wiele razy i tyle samo razy chciałam się poddać, ale wtedy
przypominałam sobie tatę i nie mogłam tego zrobić.
- Diano on cię zabije. Przestań
się łudzić i przetrwaj. Pchasz się w paszczę lwa i zginiesz – mówił pan Ling.
Nie chciałam go słuchać i trenowałam dalej. Na dłoniach miałam okropne odciski,
które bolały za każdym razem. Nie przejmowałam się tym.
Teraz ramiona miałam pokryte bliznami,
a na dłoniach odciski. Walczyłam coraz lepiej, ale dla Jeźdźca to cały czas było
za mało. Przekonałam się o tym, kiedy Reth mnie porwał bez żadnego wysiłku.
Wstałam z łóżka i podeszłam do
drzwi balkonowych. Ku mojemu zdziwieniu otworzyły się bez problemu. Balkon był
duży. Widziałam z niego dziedziniec, na którym stało kilka osób. Byli to
mężczyźni, którzy wyglądali na mocno wystraszonych. I chyba wiedziałam
dlaczego.
Z szerokich wrót wyszedł Reth w
swoim płaszczu zasłaniającym całą jego urodę. Mężczyźni momentalnie uklękli
naprzeciwko niego i spuścili głowy. Z tej wysokości nie mogłam stwierdzić, co
do nich mówił, ale wyraźnie się rozluźnili. Przez chwilę wydawał im polecenia,
a potem spojrzał w górę i zamarł. Wpatrywałam się w niego i nic nie robiłam.
Po chwili dostrzegli mnie też
mężczyźni stojący na dziedzińcu. Wyglądali na zdziwionych, a potem jakby
chcieli mnie pożreć. Zawahałam się i odwróciłam w stronę drzwi.
- Zejdź tu do nas kochanie. Nic
ci nie zrobimy – usłyszałam z dołu. Byłam przerażona. Bałam się ich bardziej od
Jeźdźca. Co jeżeli tu przyjdą? Zatrzasnęłam za sobą drzwi i skuliłam się przy
nich. Popełniłam kolejny błąd. Reth znowu będzie zły. W końcu mnie ukaże. A ja
wcale tego nie chcę.
Siedziałam pod ścianą i
wpatrywałam się w dłonie. Po jakimś czasie otworzyły się drzwi. Nie podnosiłam
głowy, bo i tak wiedziałam kto przyszedł. Reth stanął przede mną i chyba
oczekiwał, że na niego spojrzę.
- Spójrz na mnie – no proszę. Nie
podnosiłam głowy. Nie chciałam go widzieć. Nie chciałam widzieć nikogo.
Reth ukląkł przy mnie i podniósł
mi głowę. Szybko ją wzięłam i znowu spojrzałam na ręce. Nie mogłam spojrzeć mu
w oczy.
- Spójrz na mnie, Diano. Nie
jestem na ciebie zły. To prędzej czy później musiało się stać – powiedział
łagodnym tonem. Nie chciałam mu wierzyć. Musiał być zły. Cały czas nie
podnosiłam głowy. Jeździec złapał mnie za ramiona i podniósł. – Posłuchaj, oni
nic ci nie zrobią, bo naraziliby się na mój gniew. Nie miałaś pojęcia, że tam
będą. Nic się nie stało.
Patrzyłam na niego i nie mogłam
uwierzyć w to, co właśnie powiedział. Jakim cudem nie był na mnie zły? Co prawda
nie zabraniał mi wychodzić na balkon, ale jednak zobaczyli mnie jacyś ludzie.
Musieli nie wiedzieć o tym, że tutaj jestem.
- Kim… kim oni byli? – wyjąkałam.
Nie byłam zbytnio ciekawa, ale chciałam żeby przestał mówić, że nie jest na
mnie zły. I tak wiedziałam, że kłamał. Przez jego kaptur prawie nie widziałam
jego oczu. Nie byłam w stanie zobaczyć w nich prawdy.
- To moi słudzy. Zarządzają
zamkiem i decydują, co zrobić z ludźmi – odpowiedział powoli. Z jakimi ludźmi?
Tymi, których porywał? Nie wiedziałam, czy będzie zły jeżeli go o to spytam,
ale postanowiłam zaryzykować. Musiałam to wiedzieć.
- Jakimi ludźmi? – miałam
nadzieję, że nie usłyszał drżenia w moim głosie. Kiedy tylko mnie puścił,
odsunęłam się. Cały czas miałam w pamięci mój sen, w którym Reth miał swój
udział. Przemknął mi przez głowę pocałunek z Jeźdźcem. Wzdrygnęłam się na tą
myśl.
- Chodzi o… - zawahał się przez
chwilę ważąc słowa, które miały paść z jego ust. – Chodzi o osoby, które tutaj
przywożę. Niektórzy z nich mieszkają tutaj i pracują jako służba. Inni
mieszkają w wiosce u stóp gór.
- Więc ty nie? – spytałam. Tym
razem wiedziałam, że głos musiał mi zadrżeć. Pomyślałam o ojcu. Miałam
nadzieję, że może mieszka w tej wiosce i ma się dobrze. Chciałam zapytać o to
Retha, ale wątpiłam, że będzie pamiętam jedną osobę pośród milionów porwanych.
- Nie, nie zabijam ich. Muszę
zabić osobę podczas każdej pełni księżyca. Pozostałych zostawiam na łasce
mężczyzn, których widziałaś na dole. Teraz muszę iść. Nie wychodź z tego pokoju
pod moją nieobecność. Może grozić ci niebezpieczeństwo – powiedział i musnął
opuszkami palców mój policzek. Zadrżałam pod jego dotykiem.
Reth odsunął się i wyszedł z
pokoju. Zaniepokoiłam się moją reakcją na jego dotyk. Coraz bardziej reagowałam
na małe pieszczoty Jeźdźca. Musiałam przyznać, że był diabelnie seksowny,
jednak cały czas to wcielenie zła. Przecież nie mogłam nic poczuć do takiej
osoby.
Usiadłam na łóżku i Wpatrywałam
się w drzwi od balkonu. Nie wiem, ile czasu mi to zajęło. Nie potrafiłam
odwrócić wzroku i popatrzeć na kominek czy cokolwiek innego w tym pokoju. Przez
cały czas przed oczami miałam mój sen. Wywoływał wielki mentlik w głowie,
którego chciałam uniknąć. To wszystko mnie przerażało.
Musiałam znowu spróbować stąd
uciec. Reth mówił, że gdzieś jest wioska. Jeżeli tylko udałoby mi się do niej dostać.
Chciałam spróbować, ale obawiałam się też reakcji Jeźdźca, jeżeli mój plan nie
powiódłby się. Gdybym uciekła, musiałabym gdzieś się ukryć.
Westchnęłam i położyłam się. Coś
musiałam zrobić, ale co? Miałam tak wielki mentlik w głowie, że nie byłam w
stanie wymyślić czegokolwiek.
Myślałam o ucieczce przez kilka
godzin. Przez ten cały czas obawiałam się też, że Reth przyjdzie do mojego
pokoju i będzie czegoś chciał. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę okropna
myśl, której próbowałam się pozbyć. Mogłam pozwolić po prostu mu się
wykorzystać i pozwolić, żeby mnie odesłał albo zabił.
Szybko porzuciłam tę myśl. Nie
będę jego zabawką, mimo że kusiły mnie jego usta.
__________________________________________________________________________
Wreszcie skończyłam ten rozdział :) Przepraszam, że tak długo to trwało, ale nie miała czasu. Teraz już mam oceny wystawione ( :'( ) więc chyba będę miała na to więcej czasu.
Dziękuję wam za wszystkie miłe komentarze :) Napisałam, że ma być 20, a jest ich 30 WOW
Oczywiście dziękuję też za ponad tysiąc wejść! :D
Oczywiście dziękuję też za ponad tysiąc wejść! :D
Co do komentarzy o poprzedni blog to skończę go, ale nie wiem kiedy :/
Jeżeli chcecie to możecie mnie pytać o co chcecie pod tym postem a w następnym odpowiem wam na nie :) Dacie radę 20 komentarzy pod tym postem? Mam nadzieję
Pozdrawiam Sandra xx
sobota, 24 maja 2014
Rozdział II
Wolałam
nie wiedzieć, co zrobiłby mi, gdybym tam cały czas stała. Ostrożnie wyszłam zza
kominka i stanęłam przed Jeźdźcem. Bałam się spojrzeć na niego. Wpatrywałam się
w swoje nogi i modliłam, żeby tylko nic mi nie zrobił. Wstydziłam się swojego
tchórzostwa. Z drugiej strony trudno było się nie bać strasznego mężczyzny
stojącego przede mną.
-
Spójrz na mnie dziewczyno. Nic ci nie zrobię. Na razie – to była groźba.
Mimowolnie zadrżałam. Powoli podniosłam wzrok i spojrzałam na niego. Cały czas
miał założony kaptur, przez który nie widziałam jego twarzy. – Czuję twój
strach. Boisz się tego, co mógłbym ci zrobić. Ale jest też w tobie pragnienie
zemsty. Ciekawe. Co takiego ci zrobiłem, że chcesz się na mnie zemścić? A może
to nie ja, tylko jeden z moich braci? – powiedział głębokim głosem, od którego
przeszły mnie ciarki.
– Zabraliście mojego ojca. Przez
was moja matka nie żyje – powiedziałam lodowatym głosem. Nie wiedziałam, że
mogę być taka odważna w towarzystwie jednego z nich. Oby to mnie tylko nie
zgubiło.
- Zabrałem twojego ojca. To
możliwe. Nie sposób zapamiętać ich wszystkich. Wierz mi lub nie, ale przyszła
jego kolej. Musiałem go zabrać.
- Musiałeś?! Jakim prawem
decydujesz, kiedy ktoś ma umrzeć?! Kim ty do cholery jesteś?! Ty i twoi bracia
jesteście egoistami! Zabijacie, bo macie taki kaprys! – krzyknęłam. Dopiero po
chwili zorientowałam się, co zrobiłam. To mógł być dla mnie wyrok.
- Po pierwsze, dziewczynko, nie
ja o tym decyduję. Po drugie podnieś jeszcze raz głos, a spotka cię kara. Lepiej
nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. Poza tym zjedz to, co przyniosła ci
służąca – odpowiedział spokojnie z groźną nutą w głosie.
- Nie groź mi i nie rozkazuj! Nie
jesteś moim panem. Nie będę robić tego, czego ode nie żądasz – powiedziałam.
Już nie obchodziło nie to, co ze mną zrobi. Gorzej już i tak nie może być.
- Owszem, jestem twoim panem.
Jesteś na mojej łasce i radziłbym ci robić to, co każę. Będę ci rozkazywał,
kiedy tylko będę chciał. A już na pewno podczas tego, co dla ciebie
zaplanowałem – mój wzrok od razu padł na łóżko. Głośno przełknęłam ślinę.
- Ccco masz na myśli? –
wyszeptałam. Nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej, tak bardzo się
wystraszyłam.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? Na to
przyjdzie jeszcze czas. A teraz zjedz coś, bo inaczej zasłabniesz – powiedział
i wyszedł z pokoju. Zostałam sama, bijąc się z myślami. Nie chciałam wiedzieć,
o czym mówił.
Chodziłam po pokoju, rozważnie
unikając łóżka. Za oknem robiło się coraz ciemniej. Zachciało mi się spać.
Postanowiłam jednak nie zasypiać, żeby Jeździec nic nie zrobił mi przez sen.
Wcześniej przeszukałam pokój,
szukając drogi ucieczki. Okno było zbyt wysoko. Drzwi wychodziły na korytarz,
którym pewnie nie mogłabym uciec. Nie widziałam żadnych strażników, ale byłam
pewna, że mój oprawca od razu by mnie znalazł.
Zmęczona usiadłam na sofie.
Miałam dosyć. Potrzebowałam snu. Ostatniej nocy nie spałam zbyt dobrze.
Wszystko z powodu Jeźdźców. Miałam ich serdecznie dosyć. Powieki strasznie mi
ciążyły. W końcu musiałam je zamknąć. Nie wytrzymałam zbyt długo i zasnęłam
zmęczona.
Obudziły mnie promienie słońca
padające mi na twarz. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leże w łóżku.
Przestraszyłam się, bo pamiętałam, że zasnęłam na sofie. Uniosłam głowę i
zobaczyłam mojego oprawcę siedzącego na krześle naprzeciwko łóżka. Przypatrywał
mi się uważnie. Wiedziałam to, mimo że cały czas miał na głowie kaptur.
- Dzień dobry, dziewczyno –
powiedział miękko.
- Co ja robię w łóżku? Przecież
zasnęłam na sofie. Jak? – przerwałam mu zachrypniętym głosem.
- Znalazłem cię śpiącą tam –
wskazał głową na sofę – i przeniosłem na łóżko. Nie martw się, nic ci nie
zrobiłem.
- Zdejmij kaptur – powiedziałam,
zaskakując samą siebie. Nikt nigdy nie widział żadnego z Jeźdźców bez kaptura.
Zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam o to prosić, ale słowo się rzekło. Nie
mogłam już tego odwołać.
- Dlaczego chcesz zobaczyć moją
twarz? – spytał. W jego głosie nie usłyszałam rozdrażnienia. Może nie był zły.
- Po prostu… przepraszam. Nie
powinnam była tego mówić – powiedziałam spoglądając na ręce.
- Więc teraz postanowiłaś być
posłuszna? Jeszcze wczoraj mnie nienawidziłaś i nie chciałaś mieć ze mną nic
wspólnego – powiedział wyraźnie rozbawiony.
- To nie tak. Nienawidzę cię. I
nie powinnam prosić o cokolwiek. Cały czas nie chcę tu być i nie chcę, żebyś w
ogóle mnie dotykał – starałam się zabrzmieć spokojnie, chociaż miałam ochotę na
niego nakrzyczeć.
- Spełnię tę jedną twoją prośbę –
odparł i ściągnął z głowy kaptur. Wciągnęłam głośno powietrze. On był… piękny.
Nie spodziewałam się, że zło wcielone może tak wyglądać.
Czarne falowane włosy okalały
przystojną, młodą twarz. Nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat. Usta
miał zaciśnięte w linię. Nie był zadowolony z tego, że pokazał swoją twarz.
Miał prosty nos i najbardziej zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Były
piękne. Ocienione czarnymi, długimi rzęsami.
- Ty… jesteś piękny, Jeźdźcu –
wyszeptałam. Wiedziałam, że na mojej twarzy widać szok. Nie chciałam, żeby to
widział, ale nie potrafiłam inaczej zareagować. Gdyby był normalnym mężczyzną,
kobiety ustawiałyby się za nim w kolejce.
- Reth – powiedział swoim
dźwięcznym, głębokim głosem.
- Co? – zdziwiłam się.
- Reth. To moje imię. Ale nie
rozumiem tego zdziwienia na twojej twarzy. Każdy ma jakieś imię. Więc jak brzmi
twoje? – spytał. Na jego pięknej twarzy malowało się znużenie.
- Nie wiedziałam. To znaczy
zawsze byliście dla nas Jeźdźcami – zawstydziłam się. – Mam na imię Diana.
- Jak widzisz nie zawsze jestem
taki straszny. Chociaż twoja nienawiść do mnie i moich braci jest zrozumiała,
to wykonuję tylko to, co muszę. Nie zawsze podoba mi się porywanie ludzi. Mimo
że jestem niepochamowanym pragnieniem, potrafię się powstrzymać. Tak jak teraz.
Ale… dzisiejszej nocy będziesz moja.
Naciągnął na głowę kaptur i
wyszedł. Wzdrygnęłam się. Nadal czułam do niego niechęć. Mimo że wyglądał jak
anioł, był diabłem.
Chciałam krzyknąć, że nigdy nie
będę jego, ale to nie miałoby sensu. Musiałam wymyślić jakiś sposób, żeby się
stąd wydostać. Przeszukałam pokój, szukając jakichś przejść. Niestety nic nie
znalazłam.
Podeszłam ostrożnie do drzwi i
delikatnie je otworzyłam. Wyjrzałam na zewnątrz. Nikogo nie było na korytarzu.
Po cichu wyszłam i skierowałam się w lewo. Pamiętałam, że Jeździec prowadził
mnie z tamtego kierunku. Jeżeli dostanę się za bramę, powinnam jakoś dać sobie
radę. Poszłam w kierunku schodów. Wyjrzałam za nie, żeby sprawdzić, czy nikt
nie idzie. W holu stały dwie osoby. Schowałam się za wielką donicę i czekałam,
aż pójdą.
Czekałam przez kilkanaście minut,
modląc się, żeby tylko nikt mnie nie znalazł. Kiedy wreszcie sobie poszli, wyszłam
zza donicy i zeszłam po schodach. Stanęłam w holu i rozejrzałam się. Z
korytarza z prawej było słychać kroki. Schowałam się za schodami. W takim
tempie nigdy nie opuszczę tego zamczyska.
Do holu wszedł Jeździec. Z
drugiej strony podszedł do niego jakiś mężczyzna. Pomyślałam, że to pewnie
jakiś sługa. Chociaż na razie widziałam tylko kilka osób, ten wyglądał jak
jeden z nich.
- Panie – klęknął na jedno kolano
– nikt nie będzie jej niepokoił. Tak jak rozkazałeś tylko jedna służąca będzie
mogła się do niej zbliżyć.
- Bardzo dobrze, Matthew –
powiedział głęboki głos – ty też możesz z nią rozmawiać, ale nie masz prawa
choćby jej dotknąć.
- Jak sobie życzysz, panie –
odpowiedział sługa i odszedł. Bałam się chociażby oddychać, żeby nikt mnie nie
zauważył. A tym bardziej Reth. Nie słyszałam kroków i nie wiedziałam, gdzie on
jest. Miałam nadzieję, że jak najdalej ode mnie.
- Diano, wyjdź stamtąd –
zamurowało mnie. Wiedział, gdzie jestem.
Byłam przerażona. A jeżeli coś mi zrobi? Nie chciałam nawet wiedzieć, co
mogłoby się stać. – Nie nadwyrężaj mojej cierpliwości.
Wzięłam głęboki oddech i wyszłam
zza schodów. Bałam się spojrzeć na niego. Podeszłam na bezpieczną odległość i
wpatrywałam się w buty. Czekałam na to, co może mi zrobić.
Jeździec podszedł i delikatnie
uniósł mi brodę, tak, że musiałam na niego spojrzeć. Sięgnął do kaptura, który
zakrywał mu twarz i ściągnął go. Spojrzałam mu w te niesamowicie zielone oczy.
Nie mogłam odwrócić wzroku. To spojrzenie hipnotyzowało.
- Dlaczego wyszłaś z pokoju?
Miałaś tam zostać – powiedział. Bałam się, że zaraz może mnie uderzyć.
Wpatrywałam się tylko w niego, mając nadzieję, że nic mi się nie stanie. –
Odpowiedz.
- Ja… chciałam uciec –
wyszeptałam ledwo słyszalnie, ale byłam pewna, że doskonale mnie zrozumiał.
Prawie się uśmiechnął.
- Nie próbuj więcej. Nie dasz
rady – puścił moją brodę i odszedł kilka kroków. Stałam tam jak skamieniała,
bojąc się ruszyć czy chociażby oddychać. – Wróć do pokoju. Nie wychodź z niego.
Gdy tylko zobaczyłam, że jego
plecy zniknęły za zakrętem, ruszyłam w kierunku wielkich wrót. Nie miałam
pojęcia, czy zaprowadzą mnie do wolności, ale przynajmniej dalej od Jeźdźca.
Tak cicho jak tylko mogłam
podeszłam do nich i spróbowałam otworzyć. Ani drgnęły. Naparłam na klamkę całym
ciężarem ciała, ale rezultat był ten sam. Nie miałam szansy nimi uciec.
Musiałam znaleźć inną drogę. Służąca raczej mi nie pomoże, chyba że tak jak ja
nienawidzi swojego pana. Musiałam spróbować.
Wróciłam do komnaty i usiadłam na
krawędzi łóżka. Wcześniej nie chciałam chociażby do niego poschodzić, ale skoro
na razie mnie nie zgwałcił, może na razie nic mi nie zrobi. Oparłam się na
rękach i myślałam o tym, co mogłabym robić teraz, gdyby to wszystko się nie
zaczęło.
Siedziałabym w szkole, nudziła
się na lekcjach, podkochiwała w klasowym przystojniaku, o którym plotkowałabym
z przyjaciółkami. Żałowałam, że nie mogłam mieć takiego życia i musiałam radzić
sobie z obecnym.
Byłam ciekawa co stało się z moją
przyjaciółką z dzieciństwa. Zaraz po nadejściu Jeźdźców uciekła z rodzicami i
nie miałam o niej żadnej wiadomości. Brenna zawsze opowiadała zwariowane
historie i we wszystkim potrafiła znaleźć coś pozytywnego. Ciekawe czy
znalazłaby w tym?
Może powiedziałaby, że znalazłam
się na łasce zabójczo przystojnego mężczyzny. Ale w końcu był on wcieleniem
zła. Jak mogłabym się tym cieszyć? W normalnych okolicznościach na pewno
cieszyłabym się zainteresowaniem kogoś takiego. Kto ostatecznie chciał mnie
zgwałcić…
Uczyłam się walczyć, zawsze
znajdować sposób na znalezienie jakiegoś bezpiecznego miejsca, ale co miałam
zrobić w fortecy Jeźdźca Apokalipsy, skoro nawet nie wiedziałam, gdzie ona się
znajduje? Może były to Kordyliery. W końcu to największy łańcuch górski w
Ameryce Północnej, ale nie mogłam mieć pewności. Równie dobrze mogłabym być na
Księżycu.
Poczułam się beznadziejnie. Jak
mogłam tak wpaść? W dodatku z jednym z ciemiężycieli całej ludzkości? Zaśmiałam
się z siebie. Ja to miałam szczęście.
Usłyszałam ciche pukanie do
drzwi. Nie byłam pewna, czy powinnam podejść i je otworzyć, czy w ogóle się nie
ruszać. Wybrałam drugą opcję. Może nie będzie tak źle.
Siedziałam spokojnie i wpatrywałam
się w drzwi, które zaczęły się powoli otwierać. Wstrzymałam oddech, oczekując
wściekłego Retha. Na szczęście to nie był on. Do pokoju wszedł mężczyzna, z
którym rozmawiał Jeździec.
- Witaj dziewczyno – powiedział.
Nie chciałam mu odpowiadać. Nie chciałam nawet wiedzieć, co chce mi powiedzieć.
Najlepiej, jakby zostawił mnie w spokoju. – Widzę, że twoje maniery są w
opłakanym stanie. W każdym razie chcę cię poinformować, że jeżeli jeszcze raz
opuścisz komnatę bez zezwolenia Pana, zostaniesz ukarana.
Przełknęłam głośno ślinę. Co on
mi zrobi? Coś, co jest jeszcze gorsze od gwałtu? Nie byłam pewna, czy chcę to
wiedzieć.
- Nie wyjdę stąd więcej –
powiedziałam cicho.
- Cudownie. W takim razie miłego
dnia – powiedział i odszedł. Zamurowało mnie. Co ro w ogóle miało być? Najpierw
groził mi, a potem życzył miłego dnia?
Siedziałam tak oniemiała przez
kilka minut. Musiałam jakoś się stąd wydostać. Ale on nie mógł się o tym
dowiedzieć. Byłam głupia. Jeżeli tylko spróbuję, on na pewno się o tym dowie.
Cały dzień siedziałam w pokoju,
myśląc o tym, jak uciec. Reth nie przyszedł i miałam nadzieję, że już tego nie
zrobi. Weszłam do dużej łazienki z naręczem ciuchów, które znalazłam w komodzie
i chciałam się umyć. Powoli się rozebrałam, bojąc się, że ktoś w każdej chwili
może wejść. Kolację już mi przyniesiono, więc jedyną osobą, która mogła to
zrobić był on.
Tak szybko jak tylko mogłam
wykąpałam się i owinęłam ciasno miękkim ręcznikiem. Umyłam zęby i ubrałam się w
czarne dresowe spodnie i koszulkę. Może i nie wyglądałam najlepiej, ale nie
taki był mój cel. Wyszłam z łazienki i stanęłam jak wryta. On tam był.
- Powiedziałem, że przyjdę, więc
jestem – powiedział spokojnie głębokim głosem, a mnie przeszły ciarki. Oparłam
się o drzwi do łazienki i wpatrywałam w niego. Co miałam robić? – Podejdź tu.
Bałam się, że ukaże mnie, jeżeli
się nie ruszę. Ale bałam się też tego, co może mi zrobić, jeżeli do niego
podejdę. Niepewnie zrobiłam kilka kroków w jego stronę. Może mnie nie zgwałci.
Proszę, nich on tylko nic mi nie zrobi.
Stanęłam naprzeciwko niego.
Jednym palcem podniósł moją brodę i musiałam spojrzeć mu w oczy. Drugą ręką
ściągnął kaptur. Mogłam dokładnie zobaczyć jego idealne rysy twarzy.
- Tak bardzo się mnie boisz,
jednak próbujesz uciekać. Mimo, że wiesz, że czeka cię kara. Masz wolę
przetrwania. To dobrze, ale… - Obszedł mnie dookoła i stanął za mną – to, co
zamierzam z tobą zrobić, spodoba ci się – wyszeptał prosto do mojego ucha.
Mimowolnie wzdrygnęłam się.
- Spodoba mi się? Chyba sobie
żartujesz?! Chcesz mnie zgwałcić i
myślisz, że mi się to spodoba?! – wykrzyknęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w
język. No to teraz mi się dostanie.
___________________________________________________________________________
Macie 2 rozdział ;)
Następny napiszę, jak wrócę z Juraty.... przynajmniej mam taką nadzieję. Mam nadzieję, że wam się podoba.
Taki mały haczy.... żebym dodała kolejny rozdział musi być conajmniej 20 komentarzy ;)
Sandra xx
P.S. Jeżeli macie do mnie jakieś pytanie i piszecie je w komentarzu to napiszcie też swój tt :) wtedy wam odpowiem. Może też poświęcić jeden post na pytania od was :)
P.S. Jeżeli macie do mnie jakieś pytanie i piszecie je w komentarzu to napiszcie też swój tt :) wtedy wam odpowiem. Może też poświęcić jeden post na pytania od was :)
środa, 14 maja 2014
Rozdział I
Biegłam
tak szybko, jak tylko mogłam. W płucach czułam palenie. Nogi miałam jak z
ołowiu. Jeszcze tylko trochę Diano! Uda ci się! Próbowałam się zmotywować.
Biegłam już długo. Musiałam ukryć się przed kolejną burzą piaskową. Od
pojawienia się strasznych Jeźdźców minęło wiele lat. Od tego czasu zmieniło się
wiele rzeczy. Klimat, ludzie. Każdy próbował się uratować jak tylko potrafił.
Już nie było wojen. O wszystkim decydowali Jeźdźcy.
Tysiące
ludzi zginęło jako ofiary dla bezlitosnych Panów. Na początku próbowano walczyć
z nimi za pomocą broni. Kiedy to nie wystarczyło ktoś zasugerował składanie im
ofiar. Niestety te tysiące zginęły na marne. Jeźdźcy brali kogo chcieli i kiedy
chcieli. Osoby wybrane przez nich znikały. Nikt nie był bezpieczny. Każdy
chciał się schować i w spokoju czekać na śmierć. Chociaż cały czas znajdowali
się tacy, którzy chcieli ich zgładzić, nikomu się nie udało.
Jakieś
pięć lat temu jeden z Jeźdźców postanowił zabrać mojego ojca. Nie mogłam nic
zrobić. Patrzyłam bezradnie, jak go zabiera do swojej fortecy w Alpach. Przez
wiele dni płakałam z bezsilności, że nie mogłam nic zrobić. Do fortec Panów
można się było dostać tylko będąc więźniem jednego z nich. Każda z czterech
fortec znajdowała się w różnej części świata. Każdą z nich rządził inny
Jeździec. Północno – wschodnią rządził Głód – niepochamowana rządza. Wszyscy
trzymali się z daleka od jego mrocznej siedziby.
Od
ludzi, którzy przybyli z innych części świata słyszałam, że fortece innych też
znajdują się w górach. Zwycięstwa – Himalaje, Wojny – Kordyliery i
najstraszniejszego, budzącego grozę samym imieniem, Śmierci – w Andach.
Nie wiem, który zabrał mojego
ojca. Nikt nigdy nie widział ich twarzy. Ludzie rozpoznawali Jeźdźców po
koniach, na jakich zawsze jeździli. Jednak nie potrafiłam sobie przypomnieć
koloru wierzchowca.
Dwa lata po zabraniu ojca moja
mama popełniła samobójstwo. Nie zniosła odebrania jej taty. Zawsze zmieniała
się podczas jego wyjazdów, ale tego nie przetrwała. Przez cztery wcielenia zła
zostałam sierotą. I z całego serca ich za to nienawidziłam. Chciałam ich zabić,
ale nie wiedziałam jak.
Prawie dobiegłam do jaskini, w
której się ukrywałam. Nie miałam zbyt dużo rzeczy, ale w tych czasach nikt nie
posiadał wiele. Weszłam do większej grotu i usiadłam na skalnej półce, która
służyła mi za łóżko. Przez chwilę nie mogłam oddychać. Sięgnęłam po wodę i
napiłam się. Od razu poczułam się lepiej. Oparłam się plecami o chropowatą
skałę i odetchnęłam. Na razie byłam bezpieczna. Na razie.
Wiedziałam, że po każdej burzy
piaskowej znikało kilka osób. Miałam nadzieję, że Jeździec nie będzie szukał
mnie w jaskini. Może da mi spokój. Życie polegające na uciekaniu nie ma sensu,
ale jest lepsze niż śmierć. Przynajmniej dla mnie. Chciałam dokonać zemsty.
Tylko dlatego znalazłam się poza jaskinią, kiedy nadciągała burza. Uczyłam się
walki mieczem. Wiedziałam, że jeden z Jeźdźców posługuje się tą bronią. Może to
on porwał mojego ojca. Jeżeli nie, zginę.
Wstałam powoli i zrzuciłam z
ramion ciężkie okrycie. Miałam pod nim tylko cienką tunikę i spodnie. Płaszcz
spadł z łoskotem na skalną podłogę. Podniosłam go i położyłam na małym stoliku.
Pomasowałam obolałe ramiona i położyłam się. Musiałam odpocząć.
Zapadłam w niespokojny sen, w
którym przyśnił mi się mój ojciec. Uśmiechał się do mnie i opowiadał o jakimś
nowym wynalazku. Nie rozumiałam połowy rzeczy, o których mówił. Spojrzałam na
swoje odbicie w lustrze. Znowu miałam osiem lat. Mama ubrała mnie w błękitną
sukienkę i zaplotła moje długie blond włosy w dwa warkocze. Uśmiechnęłam się do
swojego odbicia. Nie widziałam w nim zmęczenia ani stresu. Po prostu szczęśliwą
dziewczynkę, która cieszyła się z tego, że może spędzić czas z tatą.
Znowu spojrzałam na ojca, ale już
go nie było. W jego miejscu siedziała zamaskowana postać. Mogłam zobaczyć tylko
ciemne włosy sięgające aż do ramion.
- Witaj, moje dziecko – odezwał
się Jeździec.
Obudziłam się zlana potem.
Szczęśliwe wspomnienia zamieniło się w koszmar. Nie mogłam oddychać. Pierwszy
raz w życiu tak bardzo się bałam. Nie dorównywał temu nawet strach, kiedy Jeździec
porwał mojego ojca. Ale jeden z nich, w moim śnie, to było za dużo. Siedziałam
wystraszona przed długą chwilę, próbując złapać oddech. W jaskini było
zdecydowanie zbyt duszno. Wyszłam na zewnątrz, nie myśląc o burzy piaskowej czy
niebezpieczeństwie złapania przez Jeźdźca. Nie chciałam o tym myśleć. Musiałam
złapać oddech.
Wyszłam na zewnątrz i owiał mnie
przyjemny wiatr. Na szczęścia burza już się skończyła. Na niebie świecił czerwony
księżyc. Podniosłam głowę i wpatrywałam się w to, co pozostało niezmienne.
Wieczorne niebo zawsze wyglądało tak, jak powinno. Rozpuściłam włosy i
pozwoliłam, żeby rozwiewał jej wiatr. Wspomnienie strasznego snu już zbledło.
Podeszłam do jednej ze skał i
usiadłam na niej. Musiałam pomyśleć. A co, jeżeli nigdy nie uda mi się zemścić
za moich rodziców? Co, jeżeli sama stracę życie? Nie chciałam tak po prostu dać
się zabić. Właściwie nie było szansy, żebym mogła zabić któregokolwiek z
Jeźdźców. Poza tym to nie zwróci życia moim rodzicom. Podczas gdy inne osoby w
moim wieku robiły wszystko, żeby tylko żyć na jakimś poziomie, znaleźć miłość,
mieć dzieci. Zamiast tego uczyłam się walki wręcz, mieczem. Zmarnowałam tak
wiele czasu tylko dla jakiejś zemsty, której nie miałam jak dokonać.
Wróciłam do jaskini i umyłam
twarz. Powinnam coś zjeść, inaczej opadnę z sił. Cieszyłam się, że mama
nauczyła mnie uprawy roślin. Inaczej musiałabym tak jak wszyscy inni kupować
jedzenie od ludzi, którzy za nie żądali wielkich pieniędzy lub usług, o których
wolałam nawet nie myśleć.
Zjadłam kilka warzyw, aż poczułam
się w miarę najedzona. Wróciłam na posłanie i usiadłam. Żałowałam, że nie mam
żadnych książek. Chętnie poczytałabym o czymś szczęśliwym. Gdy byłam mała
uwielbiałam książki. Zawsze chciałam, żeby ktoś mi poczytał.
Odetchnęłam głęboko i położyłam
głowę na poduszce. Musiałam się odprężyć. Musiałam przestać myśleć o zemście i
zacząć budować jakieś życie. Miałam dosyć samotności, chociaż nie lubiłam
przebywać w tłumie.
Pomyślałam o
osobach, z którymi spędzałam czas, kiedy to wszystko się zaczęło. Kilka z nich
nie żyło. Jedni próbowali zgładzić Jeźdźców, drudzy zostali przez nich porwani.
Myślałam o tym, że nigdy nie miałam okazji się zakochać. Nigdy z nikim się nie
całowałam. Dotknęłam warg, które nigdy nie zaznały żadnej pieszczoty.
Musiałam
zmienić swoje życie. Zacząć żyć wśród ludzi, a nie chować się na pustkowiu. Postanowiłam
następnego dnia pójść do jednej z wiosek, w których ukrywali się ludzie.
Powinnam zrobić to już dawno temu.
W końcu
zasnęłam. Tym razem nie przyśnił mi się żaden sen. Byłam szczęśliwa, że nie
musiałam znowu znosić widoku zamaskowanej twarzy. Wiedziałam, że przyśnił mi
się Jeździec. Byłam pewna, że to ten, który porwał mojego ojca. Przypomniała mi
się jego twarz, albo raczej tyle, ile można było zobaczyć pod kapturem
przykrywającym cała twarz.
Ospała
podniosłam się i oparłam o ścianę. Nie byłam wcale wyspana. Przetarłam oczy
dłońmi i przeciągnęłam się. Byłam głodna. Zjadłam coś na szybko i wyszłam z
jaskini. Zapowiadał się kolejny słoneczny dzień. Miałam tylko nadzieję, że nie
skończy się burzą piaskową. Skierowałam się na północ, w kierunku najbliższej
osady. Chciałam dowiedzieć się, ilu tym razem zabrał Głód.
Ten Jeździec
był niepochamowanym pragnienie, co znaczy, że zabierał najwięcej osób. Chociaż
ludzie bardziej obawiali się Śmierci. Nie chciałabym już nigdy spotkać żadnego
z nich. Ani znaleźć się w fortecy.
Szłam
pustkowiem, aż zobaczyłam pierwsze znaki życia. Co jakiś czas pojawiali się
ludzie. Kilku z nich płakało. Inni mieli torby przewieszone przez ramię.
Śpieszyli się, żeby opuścić wioskę. Wiedziałam, że Jeździec zebrał w niej swoje
żniwo. Jednak z kobiet, która uciekała zatrzymała się obok mnie.
- Uciekaj
dziecko. On tu wróci. Nie ma czasu. Uciekaj, jeśli ci życie miłe! – powiedziała
i odeszła. Nie byłam pewna co mam o tym myśleć. Pokręciłam tylko głową i
ruszyłam dalej. O co chodziło tej kobiecie? Kto wróci? Chyba nie miała na
myśli… nie, to niemożliwe.
Weszła do
wioski i zobaczyłam więcej uciekających ludzi. Może naprawdę bali się Jeźdźca.
Nad tym terenem panował Głód. Ale czego on chciał od tak małej osady? Zabić ich
wszystkich od razu? To chyba niemożliwe. Ale jednak to był Jeździec. Mógł
zrobić wszystko.
Podeszłam do
jednej z kobiet, która nie uciekała. Na mój widok odwróciła wzrok i próbowała
mnie ignorować, ale musiałam z nią porozmawiać i dowiedzieć się, co się działo.
- Przepraszam,
ale co tu się dzieje? Dlaczego wszyscy ci ludzie uciekają? – zapytałam tak
przyjaźnie, jak tylko umiałam. Miałam nadzieję, że staruszka mi odpowie. Powoli
odwróciła głowę w moją stronę i uśmiechnęła się. Może nie była aż taka zła.
- Ci ludzie
uciekają, ponieważ Jeździec Apokalipsy tutaj był wczoraj, moje dziecko.
Powiedział, że wróci dzisiaj i zabierze tych, którzy jeszcze zostali. Ludzie
się wystraszyli i zaczęli uciekać. Ostatniego wieczora zabrał kilkanaście osób.
Nie dziwota więc, że ci, którzy zostali, odchodzą.
- Wróci? Nigdy
nic takiego nie robił. To znaczy tak myślę, że brał tylko przypadkowe osoby –
odpowiedziałam cicho.
- O nie,
dziecko. Te osoby nie są przypadkowe. On zabiera tylko wybranych. A nigdy nie
wiesz, czy nim jesteś. Chociaż może zabrać też innych – powiedziała spokojnie.
- Ale dlaczego
pani nie ucieka? Przecież panią też może zabrać. Może pani pójdzie ze… - nie
dała mi dokończyć.
- Dziękuję, ale
nie. Dla mnie to już koniec. Przeżyłam swoje życie tak, jak powinno minąć. Jeżeli
mnie zabierze, znowu będę z moim ukochanym mężem, którego straciłam lata temu.
Dla mnie to nie będzie kara – uśmiechnęła się słabo i odwróciła na chwilę. Nie
byłam pewna, czy już skończyła, aż znowu się odezwała. – Ile masz lat, dziecko?
Znalazłaś już tego, dla kogo warto żyć?
- Mam
dwadzieścia lat. I nie, nie znalazłam. Mam nadzieję, że to niedługo nastąpi – odpowiedziałam
rozmarzona.
- Jesteś taka
młoda. Nie śpiesz się. Dla tego jednego warto czekać chociażby całe życie, ale
warto – powiedziała i tym razem już miałam pewność, że skończyła. Smutno mi
było z powodu jej straty. To musiało być dla niej bardzo bolesne.
Rozejrzałam się
po wiosce. Było w niej coraz mnie ludzi. Byli też tacy, którzy zostali. Głównie
starsi, którzy pewnie nie mieliby siły na wędrówkę po pustkowiu i szukaniu
kolejnej wioski. Nie chciałam im przeszkadzać. Niech spędzą ten czas na wspominaniu
tego, co przeżyli.
- Podejdź do
mnie kochanie – powiedziała jedna z kobiet, która wyszła przed swoją chatę. Zawahałam
się przez chwilę, ale podeszłam do niej.
– Co cię sprowadza do tej przeklętej wioski, dziewczyno? Tutaj nie jest
bezpieczne. Lepiej uciekaj, tak jak inni. On tu wróci i może zabrać ciebie.
- Niedługo stąd
pójdę. Niech się pani o mnie nie martwi – odpowiedziałam jej tak grzecznie, jak
tylko mogłam.
- To dobrze,
dobrze – mruknęła pod nosem i wróciła do chaty. Dosyć mocno zdziwiło mnie jej
zachowanie. Wszyscy mnie ostrzegali przed Jeźdźcem. Ale przecież był ranek. Nie
sądziłam, że któryś z nich może pojawić się o tej porze. Było za wcześnie.
W tym samym
momencie usłyszałam rżenie konia, a w wiosce zjawił się On. Jeździec we własnej
osobie. Wszyscy stanęli jak wryci. Był przerażający. Na sam jego widok robiło
się słabo. Próbowałam uciec, ale nie mogłam chociażby ruszyć nogą. Patrzyłam
prostu przed siebie, byleby tylko nie na postać na czarnym koniu. Modliłam się,
żeby nie wziął mnie. Nie chciałam tego. Nie chciałam umierać.
Ostrożnie
podniosłam wzrok. Usłyszałam krzyk przerażenia i znowu go spuściłam. Bałam się,
że może na mnie spojrzeć. Myślałam, że mój sen był straszny, ale to było
gorsze. Stanie tak blisko tego pomiotu zła. Przed sobą usłyszałam głęboki głos.
- Podnieś
wzrok, dziewczyno – to był rozkaz. Ostrożnie spojrzałam na postać przede mną.
Miał na sobie długą pelerynę z kapturem, która zasłaniała wszystko, łącznie z
jego twarzą. W ręce odzianej w skórzaną rękawicę trzymał uzdę swojego
przerażającego konia. – Pójdziesz ze mną. I nie próbuj uciekać. Nie uda ci się
to, a ja nie mam nastroju na łowy.
Przełknęłam
ślinę. Łowy? Kogo miał łowić? Mnie? Wolałam nie wiedzieć. To była najgłupsza
rzecz w moim życiu. Przyjść do tej przeklętej wioski. Dlaczego nie mogłam sobie
odpuścić? Jaka ja byłam bezmyślna. A teraz znalazłam się na łasce tego
przerażającego potwora.
Złapał mnie za
ramię i pociągnął za sobą. Nie zdążyłam zaprotestować, kiedy wsadził mnie na
swojego wierzchowca. Pisnęłam cicho. Nie miałam się czego złapać. Koń nie miał
siodła. Zaczęłam się ześlizgiwać, kiedy Jeździec wskoczyła na grzbiet i
przytrzymał mnie jedną rękę, odbierając mi oddech. Był niesamowicie silny. Nie
chciałam go dotykać, ani tym bardziej odzywać się do niego, ale nie mogłam
oddychać.
- Dusisz mnie –
wyszeptałam, ale chyba usłyszał bo zwolnił uścisk. Zawrócił konia i
wyjechaliśmy z wioski. Patrzyłam na ludzi, którzy patrzyli na mnie z litością,
a niektórzy uśmiechali się pod nosem, szczęśliwi, że to nie oni.
Koń jechał
bardzo szybko. Opuściliśmy wioskę, a potem pognaliśmy przez pustkowie. Byłam
pewna, że jechaliśmy do twierdzy. Musiała być blisko, skoro Jeździec tak szybko
wrócił do wioski. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. W jednym momencie
pędziliśmy przez ostępy, a w następnej staliśmy na dziedzińcu jakiegoś zamku.
Twierdzy Głodu. Przerażona wpatrywałam się w ścianę przede mną, bojąc się
ruszyć.
Mimowolnie
zastanowiłam się, co ze mną zrobi. Zabije? Nie wiedziałam. Jeżeli chciał mnie
zabić, niech to zrobi szybko. Wolałam nie cierpieć. Albo może mnie zagłodzi? W
końcu to miał sprowadzać na ludzi.
Jeździec szybko
zeskoczył z konia i ściągnął mnie z niego. Zachwiałam się przez chwilę i prawie
upadłam. Byłam prawie pewna, że nie pomógłby mi utrzymać równowagi. Z jednego z
pomieszczeń wyszedł starszy mężczyzna. Nie wydawał się przestraszony.
- Witaj, panie.
Wcześnie wróciłeś. Mam odprowadzić Demona do stajni, czy będziesz go jeszcze
używał? – spytał łagodnym głosem. Byłam pod wrażeniem. Rozmawiał z Jeźdźcem i
nawet się nie zająkał.
- Tak, Henry.
Odprowadź Demona do stajni. Dopiero jutro będzie mi potrzebny – odpowiedział
głęboki głos spod kaptura.
- Tak jest, proszę
pana. Czy mam też zając się pana zabawką? – spytał znowu staruszek. Zdałam
sobie sprawę, że tą zabawką jestem ja. Przerażenie ścisnęło mnie za gardło. Co
on chciał ze mną zrobić? Na samą myśl o tym zrobiło mi się niedobrze.
- Nie, Henry.
Sam się nią zajmę. Możesz tylko przekazać Camille, że ma przygotować jedzenie
dla niej. A potem masz wolne – rozbrzmiał głos mojego oprawcy.
- Tak jest,
proszę pana – powiedział Henry i poszedł w kierunku dużych drzwi. Nie
wiedziałam, że ktokolwiek pracuje dla któregokolwiek z Jeźdźców, ale to było
logiczne. Oni przecież też musieli coś jeść. Zdziwiłam się, że wcześniej o tym
nie pomyślałam.
Mój oprawca
złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą w stronę jednych z drzwi, które
prowadziły do wielkiego holu. Weszliśmy po schodach i w lewą stronę do
kolejnych drzwi, za którymi był korytarz z tuzinem innych wejść. Podeszliśmy do
ostatnich, a Jeździec je otworzył i wepchnął mnie do środka. Zaraz po tym
ciężkie drzwi zamknęły się. Zostałam sama.
Odwróciłam się
w kierunku pomieszczenia, które okazało się sypialnią. Z jednej strony stało
duże łoże, a naprzeciwko niego kominek, nad którym wisiał obraz jakiegoś
mężczyzny. Stały tam też dwie komody, stolik i dwa krzesła przy nim. Boazeria
na ścianach była z ciemnego drewna, przez co pokój robił się ciemniejszy. Obok
drzwi stała sofa. Podeszłam do niej i usiadłam.
Co on chciał ze
mną zrobić? Powiedział, że jestem jego zabawką. Czy to znaczy, że on chciał…
NIE! Nie mógł. Nie.
Poderwałam się
z sofy i przeszłam na drugi koniec pokoju. On chciał mnie wykorzystać. Tylko
dlatego byłam mu potrzebna. Nie zabije mnie od razu. Będzie mnie gwałcił tak
długo, aż mu się nie znudzę. Ciarki przeszły mi po plecach. Wolałabym, żeby od
razu nie zabił. Lepsze to od poniżenia. Byłam na siebie wściekła. Dlaczego nie
uciekłam, kiedy tylko dowiedziałam się o Jeźdźcu? Jestem idiotką. I teraz za to
zapłacę.
Stanęłam za
kominkiem, mając nadzieję, że jakoś uda mi się ukryć. Bałam się tego, co się
stanie. Nie chciałam, żeby chociażby na mnie patrzył. Jak ja mogłam zrobić coś
tak bardzo lekkomyślnego. Wzdrygnęłam się, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Bałam się wyjść ze swojej kryjówki.
Ciężkie drzwi
powoli otworzyły się, a do pokoju weszła wysoka kobieta. Miała ponad metr
osiemdziesiąt wzrostu, włosy upięte w kok na czubku głowy. Była ubrana w długą,
szarą suknię do ziemi. Trudno było stwierdzić, ile ma lat, ale na pewno ponad
trzydzieści. W rękach trzymała tacę z jedzeniem. Postawiła ją na stoliku i
spojrzała prosto na mnie. Miała fioletowe oczy. Nigdy wcześniej takich nie
widziałam.
- Pan kazał ci
to przynieść – powiedziała głosem wypranym z emocji.
- Nie jestem
głodna – odpowiedziałam cierpko.
- Pan
powiedział, że mam tu zostać, dopóki tego nie zjesz – to nie była prośba, tylko
rozkaz. Ale nie chciałam go spełniać. Nikt nie dał jej władzy nade mną.
- Nie będę tego
jeść. I nie obchodzi mnie, co powiedział twój pan – krzyknęłam. Kobieta
spojrzała na mnie zimno i odwróciła się do drzwi.
- Nigdy nie
denerwuj pana, dziewczyno. A już w ogóle nie ignoruj jego dobrej woli –
odwróciła się na pięcie i wyszła. Znowu zostałam sama. Spróbowałam schować się
jeszcze bardziej. Chowanie się pod łóżko nie było dobrym pomysłem. Nie chciałam
się w ogóle do niego zbliżać.
Nie wiem, ile
czasu tak stałam. Myślałam nad wszystkimi okropnymi rzeczami, jakie Jeździec
mógł mi zrobić. Byłam też pewna, że wielu nie byłam w stanie sobie nawet
wyobrazić. Wiedziałam, że ludzie potrafili czerpać przyjemność z zadawania
bólu. Czy on też taki był? Pewnie tak. Był gorszy od ludzi.
W końcu drzwi
się otworzyły. Do pokoju wszedł Jeździec. Wstrzymałam oddech i modliłam się o
to, żeby jak najszybciej stąd wyszedł i mnie nie zauważył. Jego kroki słychać
było na podłodze. Nie chciałam, żeby zbliżał się do mnie.
- Wyjdź,
dziewczyno. Nie chcesz, żebym sam cię stamtąd wyciągnął – cholera.
Tak więc pierwszy rozdział skończony. Mam nadzieję, że wam się podoba. Nie jest to może coś, pod czym podpisałaby się wielka pisarka, ale jak na razie nie ma tragedii...
Jeżeli ktoś chce być informowany o nowych rozdziałach, niech napisze
Liczę też na wasze komentarze :)
Sandra xx
Subskrybuj:
Posty (Atom)